Jak zabić w sobie kreatywność czyli przestroga dla Account Managera

Data wpisu9 października 2014 Ilość komentarzy9

Mniej więcej rok temu popełniłem wpis podsumowujący rok po „ciemnej stronie mocy”. Zawarłem w nim 8 wskazówek dla początkujących Account Managerów, którzy tak jak ja zamienili korpo na agencję. Dzisiaj uświadomiłem sobie, że jestem w niektórych kwestiach hipokrytą. Staram się pouczać innych, a sam do własnych zasad nie zawsze się stosuję. Zwłaszcza do tych dotyczących odpoczynku.

Zacznijmy od początku…

Ten rok nie jest najlepszy dla mojej grafomańskiej działalności w blogosferze. Ofensywa agencyjna w pracy (czytaj sto projektów na raz) oraz coraz większe wymagania mojego rosnącego jak na drożdżach Synka (#feeling proud) skutecznie absorbowały moją uwagę przez ostatnie tygodnie. W rezultacie odnotowałem ponad dwumiesięczną przerwę w publikowaniu, zarówno na blogu jak i na fan page’ach (obydwa leżą odłogiem). Świat się z tego powodu rzecz jasna nie zawalił (większość osób na tej planecie ma ciekawsze zajęcia niż oczekiwanie na moje kolejne wpisy), ale autorowi jako chluby mi to nie przynosi.

Milczący bloger to na pewno nie brzmi dumnie. Poza ujemnymi punktami autolansu i spadającymi cyferkami w algorytmach Google’a i Facebooka (tym akurat niespecjalnie się przejmuję) najgorsze jest to, że wyszedłem z wprawy i straciłem odskocznię od pisania czysto komercyjnego, jakie uprawiam w pracy. Co więcej płacenie za hosting i domenę w sytuacji, gdy na blogu pustka i cisza, to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Zanim więc moja ekstremalnie oszczędna żona (zawsze doszukiwałem się szkockich korzeni w jej drzewie genealogicznym) ukróci moją zabawę w blogowanie („ekonomia, głupcze”), postanowiłem przerwać w końcu milczenie i wydusić z siebie choć jeden wpis.

Natchnienie atakuje znienacka

Inspiracja przyszła ze sfery zawodowej, od której notabene w tym momencie odpoczywam (pierwszy pełnowymiarowy urlop od 2 lat). Nie mogąc znaleźć sobie miejsca w domu, wyszedłem z Synkiem na spacer. Gdy w końcu udało mi się uśpić Pana Tymoteusza (ciągle zachodzę w głowę, skąd 11-miesięczny dzieciaczek może mieć takie pokłady energii), zasiadłem na ławeczce na placu zabaw. Korzystając z ostatnich promieni jesiennego słońca planowałem poczytać książkę. Od lektur marketingowych stronię od wielu tygodni (zmęczenie materiału), także mój wybór padł na zwykłe kryminalne czytadełko. Zanim przeczytałem pierwszą stronę, moje myśli podryfowały w zupełnie innym kierunku. Przypomniałem sobie słowa, które napisałem na blogu w zeszłym roku. Brzmiały mniej więcej tak…

Wskazówka #8 – „czas na odpoczynek nie jest czasem straconym”.
Odpoczywać każdy musi. Niezależnie od ilości zadań i projektów. Brak odpoczynku odbija się na ilości energii oraz dużo słabszej kreatywności. Wypoczęty człowiek może wszystko. Przemęczony jest skazany na porażkę. Parę razy przekonałem się na własnej skórze, że dobrym lekarstwem na niemoc twórczą jest dobrze przespana noc.


Odkryć w sobie hipokrytę? Bezcenne!

Brzmi to bardzo mądrze, szkoda tylko że w moim przypadku tylko w teorii. W praktyce nie stosowałem tej zasady od początku 2014. Zapomniałem o niej…z nadmiaru zadań i pośpiechu towarzyszącemu ich realizacji. Mechanizm, który doprowadził mnie niemal do granicy krainy wypalenia zawodowego i na długie tygodnie zabił kreatywność, był podręcznikowy.

Najpierw lista projektów, które prowadziłem lub w których miałem coś do zrobienia, rozrosła się do monstrualnych rozmiarów. Nie zadziało się to oczywiście z dnia na dzień, a raczej powoli i niespostrzeżenie. Kombinacja niepohamowanej ambicji oraz osłabionej asertywności nie pozwalała rezygnować z kolejnych wyzwań, których przybywało w tempie geometrycznym.

Więcej projektów oznaczało więcej czasu, który musiałem poświęcać na pracę przy ich realizacji. Regulaminowe osiem godzin przestało wystarczyć, dlatego też zareagowałem zgodnie z klasycznym modelem pracoholika. Wydłużyłem sobie dzień pracy o kolejne parę godzin, rezygnując jednocześnie z czasu przeznaczonego na odpoczynek. Karuzela rozkręciła się na dobre.

Z dnia na dzień wszystko stawało się priorytetem, do zrealizowania na wczoraj. Stopniowo ograniczałem więc czas poświęcany najbliższym, rezygnowałem ze sportu oraz innych rozrywek (w tym z mojej „grafomańskiej pasji”). Szybko okazało się, że ten sposób nie działa. Pracy wcale nie ubywało, a efektywność leciała na łeb i szyję. Co gorsza zorientowałem się, że coraz częściej popadam w schematyzm. Wymyślenie czegoś nowego zajmowało mi coraz więcej i więcej czasu. Przeciążony nadmiarem spraw oraz nadwyrężony stresem umysł coraz częściej odmawiał współpracy. W końcu musiałem powiedzieć sobie dość…


Nauczka na przyszłość

Jaki morał płynie z tej niezbyt oryginalnej historii? Drogi Account Managerze, nie daj się zapędzić w kozi róg. Nie wmawiaj sobie, że masz nieograniczoną „przepustowość” i „moce przerobowe”. To przepis na agencyjną mieszankę wybuchową, która prędzej czy później wybuchnie Ci w twarz. W eksplozji zginie Twoja umiejętność nowego i świeżego spojrzenia na starą wiedzę czyli kreatywność.

Wbij sobie raz na zawsze do głowy, że rezygnując z odpoczynku oraz z utrzymywania sensownego „work & life balance” odcinasz się od najlepszych źródeł inspiracji. Nie wszystko da się załatwić on-line, np. poprzez śledzenie newsów pojawiających się w Twoim News Feedzie. Nawet najlepszy monitoring mediów, Google Alerts, Feedly czy power prezki ze Slide Share nie pomogą.  Źródłem najlepszych insight’ów są obserwacje poczynione w realnym świecie, który Cię otacza. Musisz mieć czas, by być obecnym w tym świecie. Czas na spotkania z ludźmi spoza branżowego światka. Czas na to, by tak po prostu cieszyć się życiem. W przeciwnym wypadku stracisz kontakt z rzeczywistością, a nie ma nic gorszego niż marketer który nie jest zanurzony w normalnym świecie. Taki marketer nie może być i nigdy nie będzie kreatywny.

Potraktuj proszę ten wpis jako ostrzeżenie. Lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na własnych. Z całego serca życzę Ci, byś nigdy nie podążył moją drogą…

To pisałem ja
Bloger II klasy – Jacek Lipski
Źródło zdjęcia: Death to the Stock Photo (Creative Commons)

Jacek Lipski

Jacek Lipski

Marketer z ponad 16 letnim doświadczeniem. Od grudnia 2015 r. działa pod marką B&L Consulting jako niezależny konsultant i szkoleniowiec w obszarze strategii marketingowych dla MŚP i startupów. Doświadczenie zdobywał również w lubelskiej agencji reklamowej Vena Art oraz w korporacyjnych działach marketingu i komunikacji w Warszawie i Gliwicach. Wykładowca na UMCS Lublin oraz WSB w Chorzowie, Gdańsku i Opolu.