„Restauracje, pokażcie klientom swój produkt!”

Kilka wakacyjnych dni spędzonych w słonecznej Hiszpanii zmieniło trochę moje spojrzenie na kwestię promocji restauracji. Spacerując po uliczkach Lloret de Mar, największego kurortu na katalońskim Costa Brava, atakowany szyldami niezliczonych restauracji, knajp i kafejek, zacząłem zastanawiać się nad pewną kwestią. Czym kieruje się klient dokonując wyboru restauracji? Co powoduje, że z dziesiątek lokali wybiera ten, a nie inny? Kilka miesięcy temu pisałem jak ważny jest szyld lokalu. Myślałem wtedy, że to element kluczowy dla przyciągania klientów. Dzisiaj wiem, że sam szyld sprawy nie załatwi. Ważna jest również wizualizacja oferty. Jak to robią w Hiszpanii?


Dylematy głodnego turysty

Wyobraź sobie, że jesteś na wakacjach w miejscu, którego nie odwiedzałeś nigdy wcześniej. Zwiedzasz, spacerujesz, idziesz na plażę, aż w końcu nabierasz ochoty na coś dobrego. Szybki drink? Lunch? A może dłuższy obiad? Pozornie to nic trudnego. Masz do wyboru dziesiątki konkurujących ze sobą lokali, ale znajomi nic Ci nie zarekomendowali przed wyjazdem, a komórka z dostępem do sieci została w hotelu (ja wyjeżdżając na wakacje zostawiam komórkę w Polsce). Co wybrać? Fast food czy owoce morza? Lokalny specjał czy lepiej nie ryzykować? Jesteś w kropce. Od nadmiaru ofert powoli dostajesz zawrotu głowy.

„Zadajesz sobie pytanie: o co chodzi? Przecież nie oczekuję cudów. Chciałbym tylko zjeść lub wypić coś dobrego za rozsądną cenę. Ok, jestem trochę wygodny. Będąc na wakacjach nie chce mi się wchodzić do każdej restauracji do środka, po to by obejrzeć kartę i sprawdzić ceny…”

 

Jak „złowić” głodnego turystę

Zresztą co przyjdzie potencjalnemu klientowi z poznania samych nazw potraw i cen? Po pierwsze, nie będzie w stanie ocenić, czy wielkość porcji spełni jego oczekiwania. Po drugie, w restauracjach oferujących kuchnię np. orientalną (japońską, tajską) nazwy potraw nic człowiekowi nie powiedzą. Jak rozwiązać ten problem? Restauracje w katalońskim Loret de Mar, podobnie zresztą jak coraz więcej polskich lokali (np. lokale Bliklego), stosują następujące sposoby:

 

1. Prezentacja pełnego menu wraz ze zdjęciami potraw i cenami na zewnątrz lokalu, w miejscu łatwo dostępnym dla przechodniów.


2. Wizualizacja oferty na zewnątrz restauracji np. w postaci dużej wielkości zdjęć (pack shotów) potraw.

 

 

 

3. Nietypowe standery prezentujące informacje o promocjach dnia.


Zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam Ameryki, a wspomniane powyżej elementy tylko w niewielkim stopniu decydują o powodzeniu restauracji. Liczy się jakość kuchni i obsługi, renoma miejsca i pewnie z tysiąc dodatkowych rzeczy. W tym przypadku chodzi mi jednak o coś innego. O pierwsze wrażenie! Na jego wywarcie restauracja ma tylko jedną szansę. Korzystając z wyżej wspomnianych elementów może tę szansę skutecznie wykorzystać i przyciągnąć klienta. Klient zaintrygowany fajnym szyldem lokalu i łatwo dostępnym menu wraz z wizualizacją potraw, nie traci czasu i bez zbędnego wysiłku może od razu sprawdzić ofertę lokalu. Myślę, że taki lokal powinien zdobyć przewagę nad konkurencją, która nie stosuje podobnych narzędzi.

Reasumując, kluczowy wniosek postu może być tylko jeden. Restauracje pokazujcie nam swoje produkty!

 

Fenomen franczyzowych fast foodów

Być może cała sprawa z wyborem lokalu może Ci się wydawać banalna, ale ja tak nie uważam. Dla mnie osobiście wybór restauracji wcale nie należy do najłatwiejszych. Większość ludzi, podobnie jak ja, nie ma natury eksperymentatorów i nie lubi niepewności. Staramy się unikać niepewności za wszelką cenę. Sprawdzamy w internecie, korzystamy z rekomendacji znajomych, czytamy przewodniki itp. W tym kontekście warto spojrzeć na fenomen wszystkich fast foodów franczyzowych, np. McDonalds lub Pizza Hut. Dlaczego ludzie pchają się do tych lokali drzwiami i oknami? Prawie każdy zdaje sobie przecież sprawę, że oferują śmieciowe jedzenie.

Poza szybkością obsługi i niewygórowaną ceną (oraz rozpoznawalnością marki oczywiście) odpowiedz tkwi moim zdaniem w słowie PRZEWIDYWALNOŚĆ!

Przykładowo, wchodząc do restauracji McDonalds, obojętnie czy w Chinach czy na Alasce, klient zobaczy znane mu wnętrze. Nie ma problemów z dokonaniem wyboru, bo wie co i w jakiej ilości otrzyma w zamian za płaconą cenę. Wie też, ile przyjdzie mu czekać na zamówienie. Nie bez znaczenia jest również wizualizacja oferty (patrz zdjęcia BigMaców nad ladą) oraz brak konieczności posługiwania się lokalnym językiem do dokonania zamówienia. Bardzo istotny czynnik, jak przekonałem się wojażując po Krymie. Dostać menu pisane cyrulicą dla człowieka, który nigdy nie miał do czynienia z rosyjskim – po prostu bezcenne doświadczenie…

Ps. fajny zwyczaj, jaki powoli zaczyna również trafiać do Polski, to kelnerzy zachęcający turystów na zewnątrz do odwiedzenia lokalu. Oczywiście jeżeli robią to w nienachlany sposób!

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Jacek Lipski

Marketer z ponad 15 letnim doświadczeniem. Od 2015 r. niezależny konsultant specjalizujący się w doradztwie strategicznym i marketingowym dla MŚP oraz startupów. Doświadczenie zawodowe zdobywał m.in.: w agencji reklamowej Vena Art w Lublinie oraz w korporacyjnych działach komunikacji marketingowej (Żagiel S.A. w Warszawie) oraz komunikacji wewnętrznej (Vattenfall Distribution Poland w Gliwicach).