mareksy. Dobry Rocznik

18 pytań do Marka Mareksego Szewczyka, Dyrektora Kreatywnego Creamteam Branding & Advertising Design Studio z Krakowa

Na początek mała uwaga. Przygotowanie i opublikowanie wywiadu z Markiem Mareksym Szewczykiem z Creamteam Branding & Advertising Design Studio z Krakowa zajęło mi niemal dwa lata. Pobiłem w ten sposób swój blogerski rekord przeciągania publikacji na etapie redakcyjnym. Chluby mi to na pewno nie przynosi. Na swoje usprawiedliwienie więc mogę tylko powiedzieć, iż na drodze stanęły tzw. „obiektywne trudności”, najczęściej natury zawodowej.


Moje, ale także i Marka, chociaż to żadne pocieszenie. Dodam więc tylko, że w  jego wypadku lepiej jednak później niż wcale.
Marek Mareksy Szewczyk z Creamteam Branding & Advertising Design Studio z Krakowa to naprawdę fascynujący rozmówca, który pewnie więcej zapomniał o reklamie i marketingu, niż spora część z nas była w stanie kiedykolwiek sobie przyswoić.

 

1. Mareksy, bo tak wolisz, by zwracano się do Ciebie, znamy się z internetu już ładnych parę lat i zawsze chciałem Cię zapytać, skąd wzięło się Twoje upodobanie do sztuki, przede wszystkim designu, fotografii i projektowania graficznego ? Czy z tym trzeba się urodzić, czy też jest to rzecz nabyta, która przychodzi z czasem?

M.S.: Dla jednych przychodzi z czasem, u innych jest obecne od dziecka. Paradoksalnie, jestem przykładem obydwu. Banałem byłoby stwierdzić, że wymyślałem lub rysowałem od małego (co akurat jest prawdą), więc powiem tylko, że już od najwcześniejszych lat podziwiałem design i projekty wielu autorów.

Z jednej strony najpierw były to odznaki, najczęściej z ZSRR (takie czasy, śmiech), które zachwycały mnie swoją miniaturową formą (choć byłem także dumnym posiadaczem samoróbki wykonanej z kapsla po Pepsi z PeWeX-u). Podziwiałem też robotnicze hasła na murach fabryk, powalające swą gigantomanią. Potem zastąpiły je wrocławskie reklamy premier kinowych, malowane ręczniei wystawiane na skwerze pod kinem Śląsk. Nie ukrywam, że chciałem takie malować.
A po wizycie na niedostępnym ówcześnie tzw. „Zachodzie” zrozumiałem, jeszcze jako mały brzdąc, że otoczenie może być piękne, a przynajmniej zadbane, o ile coś zmienimy w otaczającej nas wtedy szarzyźnie. Nieco później odkryłem Nowy Jork i jego neony i to wtedy narodziła się miłość do reklamy (oraz wieżowców).

Z drugiej strony niewiele osób zdaje sobie sprawę, że przed przygodą z designem zbierałem inne doświadczenia zawodowe i do sztuki i branży „wróciłem”, gdy już wiedziałem, czego chcę od siebie i od życia. Wcześniej jednak, wzorem guru branży reklamowej, Davida Ogilvy’ego, o którym wtedy nie miałem bladego pojęcia, a potem stałem się członkiem jego „czerwonej rodziny”, wprawiałem się w arkana branży designerskiej jako… sprzedawca, bezrobotny, DJ czy HR-owiec. Byłem nawet w armii, w dzisiejszych realiach trzeba by ją nazwać armią zawodową.
Wspominałem przed chwilą o zmianie. Jak sam widzisz, każdą zmianę najlepiej zacząć od siebie.


2. Czytałem opis Twojej drogi zawodowej na Goldenline. Wiem, że pracowałeś wcześniej, między innymi, jako Senior Art Director w Ogilvy & Mather Group Cyprus oraz w Japonii.

M.S.: Och, Japonii to tam chyba nie ma, a szkoda, wreszcie byłoby jakieś wyzwanie!
Ale co do moich doświadczeń emigracyjnych, to prawda, posiadam takowe. Pozwól mi więc, skoro już o tym mowa, na uwagę, że są dwa rodzaje emigracji.

Łykasz bakcyla i tęsknota za otwartą przestrzenią pcha cię dalej i dalej, właściwie nigdy już nie wrócisz do domu, bo… wszędzie jesteś w domu!  To mój przypadek.

Pierwsze doświadczenia emigracyjne mogą jednak pokazać Ci, że Twoje miejsce jest w domu, z którego przybyłeś, i niczego tak nie pragniesz jak powrotu. To drugi typ emigracji.


3. Pozwól, że teraz ja Ci przerwę, bo zaintrygowało mnie, jak pewnie wszystkich w tym momencie, dlaczego zdecydowałeś się na powrót do Polski?

M.S.: Jak już wspomniałem, połknąłem bakcyla i ostatniej rzeczy, jakiej spodziewałbym się od życia, to powrót do Polski (zresztą, muszę przyznać, każdy mój wyjazd jest „na zawsze”)!
Ale, jak widać, życie pisze różne scenariusze i jestem aktualnie w Polsce, ale jak pamiętasz, bo recenzowałeś na blogu jedno z moich zdjęć z tego okresu, wiele miesięcy ostatniego roku spędziłem… w Szwecji. Never Ending Story! (śmiech)

Okazuje się, że na emigracji, trochę nieświadomie, dzieliłem losy Stasia Tarkowskiego, który nie przyjął islamu i za niewyrzeczenie się swoich poglądów wylądował z Nell gdzieś tam u źródeł Nilu. To może jest przykre, ale jakże pouczające i inspirujące. Tak, to jest dobra odpowiedź na Twoje pytanie.


4. Jakie są więc największe różnice w pracy designera w naszym kraju i za granicą? Jak radziłeś sobie z różnicami kulturowymi?

M.S.: Największa różnica to szacunek dla tego, co umiesz i wykonujesz, ale i dla tego, co sobą reprezentujesz. To chyba w ogóle największa różnica kulturowa, jakiej doświadcza Polak na emigracji w cywilizowanym kraju, a przynajmniej najczęściej przez nas, emigrantów, opisywana, więc chyba ważna.

Polaków z branży projektowej zawsze najbardziej zadziwia anegdota, którą opowiadam z agencyjnego życia za granicą, a która świetnie odda, co chcę tu wyrazić. Opowiadam w niej, jak to zostałem skarcony przez szefową Ogilvy & Mather… za pierwszą próbę pozostania w pracy po godzinach.
Nigdy więcej nie spróbowałem. Raz pouczony, że „w naszych oknach nie pali się światło po godzinach”, nie chciałem budować w oczach konkurencji oraz klientów negatywnego obrazu agencji. Gdybym zostawał po godzinach, firma zyskałaby piętno nie umiejącej zarządzać czasem pracowników i przygotowaniem zleceń na czas. Przypomnę, że w polskich realiach ślęczenie w robocie po godzinach jest przecież dobrze widziane przez pracodawców, pożądane i jakże oczywiste dla… ambitnych pracowników.

Presja czasu to też chyba polski wymysł, bo chociaż za granicą oczywiście także istnieje, to nie spotkałem się z tym zjawiskiem w takiej wersji i nasileniu jak ma to miejsce w naszym kraju. Z moich doświadczeń wynika, że „tam” liczy się solidność i jakość wykonanej pracy, dlatego nikt nie wyznacza nierealnych terminów. Inna sprawa, że jestem dość szybki w pracy i życiu, więc swoje obowiązki rozpisane na dwa tygodnie, byłem w stanie wykonać w trakcie jednej, maksymalnie dwóch sjest (1,5 h każda). To daje wyobrażenie o skali, prawda?

Passe jest już chyba, w dobie wyjazdów za pracą do GB, opowiadanie zarobkach, o powszechnym zaufaniu, którym na starcie obdarza się człowieka (do pierwszej przewiny) czy niezamykaniu samochodu. Może więc niech za przykład posłuży taki staż pracy. W Grecji pracownika, który od 4 lat był w zespole, ciągle postrzegano jako „tego nowego”. Chociaż był bardzo ceniony, nie miał specjalnych praw czy przywilejów. Nie dziw się, najstarszy stażem pracownik miał na koncie 19 lat ciągłej pracy (a agencja dwadzieścia lat działalności). Daje do myślenia w naszych realiach i nie znajduję podobnego przykładu w polskiej branży projektowej. Pozwól, że przypomnę, w tym roku mojemu Creamteam Branding & Advertising Design Studio stuknęła dziesiątka i jest to wynik, który budzi raczej podziw, a to tylko połowa!

Gdy patrzę wstecz na emigracyjne doświadczenia, muszę przyznać, że poradziłem sobie z nimi całkiem dobrze, ale spoglądając przez pryzmat wiedzy, którą mam dziś, widzę także, że mogłem poradzić sobie lepiej. Zabrakło mi doświadczenia i chyba zbyt mocno zachłysnąłem się okazywaną mi życzliwością, by zrozumieć, że pewne sprawy wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce, pomimo wspólnego dziedzictwa kulturowego, mojego i tubylców.

Na szczęście w każdej sytuacji mogłem liczyć na wrodzone poczucie humoru i  — mam nadzieję — inteligencję, choćby i była nabyta (śmiech). Pozwoliły mi one odnaleźć się w każdej sytuacji oraz… szybko sprawiły, że przylgnęła do mnie łatka: „Crazy Mark”. Przyklejona, na szczęście, dobrotliwie przez moją szefową, która uwielbiała dowcipkować. Już tłumaczę o co chodzi.

Moja przełożona Kali lubiła dla żartu zadawać mi wciąż to samo pytanie:
— Czy wiesz Mark, że jesteś Crazy Mark?
Pewnego razu odpowiedziałem jej pytaniem na pytanie:
— Czy ludzie w Greyu na Manhattanie (Kali spędziła tam na kierowniczych stanowiskach dwanaście lat) są tacy jak ja czy tacy jak Ty? — Kali parsknęła śmiechem i odrzekła:
— Point for You! Tacy jak Ty!
— I widzisz, to kto jest dla kogo „crazy”? — odparłem i ryczeliśmy tak długo, ku uciesze kolegów, którzy niczego nie rozumieli z naszej wymiany. Wnioskuję z tego zajścia, że następny przystanek w mojej karierze to musi być NYC (śmiech).

Tyle anegdota, a wracając do sposobów radzenia sobie z realiami, to z pewnością chroniło mnie także przysłowiowe szczęście debiutanta. Pamiętaj, nie znałem wtedy greckiego czy szwedzkiego! Ba, nie znając nawet dobrze angielskiego, pisałem już doskonałe copy w tym języku, co można by uznać za szaleństwo, lecz co ja poradzę, że do odważnych świat należy!
To ten brakujący element emigracyjnej układanki — ułańska fantazja, która ratowała mnie z wielu opresji.
Fantazja i brawura, tak charakterystyczna dla nas, Polek i Polaków! I nie ma w niej nic złego!
Może przykład? Na początku mojej kariery w ogóle, sztandarowego programu branżowego, Photoshopa, nauczyłem się z angielskiej książki  bez znajomości tego języka i… bez dostępu do komputera oraz… samego programu, a gdy pierwszy raz pokazałem, czego się nauczyłem, od razu dostałem pracę w jednej z ważniejszych agencji we Wrocławiu, bo byłem lepszy niż pracujący tam operatorzy. Muszę jednak przyznać, że miałem fory, bo podobne doświadczenia przechodziłem już w dzieciństwie. Jako pięciolatek zażądałem od mamy nauczenia mnie rosyjskiego, bo chciałem czytać… Tiechniki Mołodioży (Technika dla młodzieży), które przynosił do domu ojciec… i tak nauczyłem się sam rosyjskiego, bo mama po nauce alfabetu nie miała już dla mnie czasu.


5. Całe życie spędziłeś w kreacji. Jakieś rady dla przyszłych reklamowych „kreatorów”?

M.S. (żachnął się): Mam nadzieję, że nie całe życie, i mam nadzieję, że moje życie jeszcze się nie kończy (śmiech)!

Jeśli więc mogę cokolwiek komukolwiek radzić, to, po pierwsze, musicie pamiętać, że dział kreacji może być sobie najbardziej szalonym i zabawowym działem w całej agencji, ale tylko pod warunkiem, że jego prace będą realizować cele klienta. Jeżeli reklama sprzedażowa nie sprzedaje, nie jest dobra. Jeżeli reklama wizerunkowa nie tworzy pożądanego obrazu klienta, też nie jest dobra.

Po drugie, forma jest tylko drogą do celu. Nigdy celem samym w sobie.

Po trzecie, nie możecie zapominać o asertywności i samoograniczaniu się. To ważna część metody na organizowanie sobie pracy twórczej. Mówią o was, że nie macie czasu? To znaczy, że nie jesteście asertywni i nie posiedliście trudnej sztuki wyboru, bez której nie ma kreacji.
Moim zdaniem, tworzenie to sztuka dyskusji z samym sobą, co powinno zostać na scenie, a co należy z niej zamieść. Zawsze zaczynam od białej niezapisanej kartki i zmagam się z tą bielą aż do końca, by jej kompletnie nie zapisać każdą błahą myślą, która przyjdzie mi do głowy, współtwórcom czy klientowi. Staram się, by po odsianiu plew i miazmatów procesu twórczego pozostało samo sedno myśli, esencja.

Po czwarte, robota jest „uber alles”. Zawsze starajcie się wykonać ją lepiej, niż potraficie. Tak by surowy recenzent, którego powinniście dla siebie w sobie hodować, nie mógł wsadzić w nią nawet szpili. Twórca jest dla siebie pierwszym, ostatnim i najważniejszym krytykiem.


6. Naprawdę mówisz po grecku? Wyczytałem to na Twoim profilu na Facebooku.

M.S.: Garść generalnych uwag. Mam po prostu smykałkę do języków. To raz.
Dwa, najlepsza nauka języka, to rzucić się na głęboką wodę.
Trzy, wielka bariera dla wielu Europejczyków z kręgu kultury łacińskiej, czyli grecki alfabet, nie powinna być przeszkodą dla kogoś, kto zna rosyjski.

Wracając do Twojego pytania, niestety, chyba już nie mówię. Chociaż rzucony byłem na głęboką wodę i znałem ten nieszczęsny alfabet, a nawet zacząłem mówić i w pracy składałem już w języku greckim projekty i typografię, to mój zapał do nauki tego języka przyhamowała pewna debata, którą obydwaj moi kochani Georgowie, najbieglejsi technicznie pracownicy studia, odbyli w Ogilvy & Mather nad pracą, którą właśnie projektowaliśmy na wielkie międzynarodowe targi. Problem leżał w tym, że składałem ją po grecku i, niestety, nie byłbym sobą, gdybym nie zadał paru pytań, usprawiedliwionych przecież, bo jeszcze nie znałem tego języka. Najpierw jakieś dziesięć minut chłopaki zastanawiali się, który spójnik „i” (jeden z trzech możliwych) należy zastosować, następne dziesięć minut zajęła im próba wydobycia z greckiej klawiatury ustalonej wersji. Nie uwierzysz, ale wreszcie się udało, tyle, że za pomocą kombinacji palców rąk obydwu Georgów na jednej klawiaturze, kombinacji nie do powtórzenia. Powinieneś to zobaczyć, wtedy zrozumiałbyś, dlaczego moja miłość do języka, w którym odmienia się wszystko przez wszystko, w tym momencie odpłynęła!

Inna sprawa, że trafiając do byłej kolonii brytyjskiej, w wielu sytuacjach codziennych i niecodziennych wystarczał angielski. Trochę gorzej pod tym względem jest w Szwecji, ale to chyba wynika ze skrywanej niechęci Szwedów do smagłych przybyszy, którzy na początku porozumieć się mogą tylko w tym języku. Co ciekawe, starsze pokolenie Szwedów w miastach mówi pięknym angielskim z brytyjskim akcentem, którego młodzież już nie ma.
Tu muszę się przyznać, że, podobnie jak Leopold Tyrmand (on swoje doświadczenia opisuje w listach do żony), bardzo szybko zacząłem myśleć i czuć w języku angielskim. Nie ukrywam, że takie doświadczenie ułatwia komunikację. Z tego co wiem, nie zdarza się to zbyt często, więc tym bardziej wdzięczny jestem losowi.

Ważna uwaga na marginesie. Brak kontaktu z językiem zabija znajomość tego języka, z czasem chyba nawet bierną (komentarz J.L.: potwierdzam, w ten właśnie sposób zabiłem swoją znajomość języka Goethego i Schillera). Z tym że osoba znająca już kiedyś język szybciej zacznie nim władać na nowo niż osoba ucząca się go pierwszy raz. To taki uśpiony „szpion” lub magiczny dżin, który obudzi się, gdy go znów będziesz potrzebować. Dlatego nie usuwam informacji o językach, którymi władałem, nawet jeśli dziś pozostała mi np. tylko umiejętność pisania/ czytania w nich.

Co gorsza dla dzisiejszych zwolenników poluźnienia form, z moich doświadczeń wynika także, że znajomość języka ojczystego raczej nie przeszkadza w uczeniu się języków obcych!


7. Co kryje się pod nazwą Akademia Sztuk Pięknych dla Najwyższych Designerów? Wpisałeś ją jako swoją „Alma Mater” na Facebooku.

M.S.: To taki test na spostrzegawczość, a może nawet test IQ? To także narzędzie, którego używam do segmentacji rynku, ostatecznie nawet na Facebooku, cały czas jestem w pracy (śmiech).
Zawsze powtarzam, i tu matki co wrażliwszych dzieci powinny zakryć sobie oczy, że od zaspokajania potrzeb wszystkich jest burdel,  a my prowadzimy studio reklamowe, więc trzeba nauczyć się być wybieranym, ale także umieć wybierać.

Gdy rozmawialiśmy przed wywiadem, użyłeś, Jacku, takiego pięknego terminu, który zapadł mi w pamięć: deficyt uwagi; na określenie tego, co dzieje się z ludźmi w obecnych czasach.
Jeśli deficyt ten połączymy z faktem, że ludzie czytają związkami frazeologicznymi (tzn. mózg podpowiada im, co powinno się w danym miejscu znaleźć) oraz kształtami słów, a nie poszczególnych liter, łatwo o podświadome przekłamanie.
Wierzę w przesłania podświadomości, więc w tym miejscu pozdrawiam wszystkich, którzy odczytali wspomnianą nazwę jako Akademia Sztuk Pięknych dla Największych/ Najważniejszych Designerów i postanowili nie nawiązywać ze mną jakichkolwiek kontaktów. Zostaliście wkręceni! Dziękuję, że poszliście wykańczać moją konkurencję i mam nadzieję, że odnieśliście na tym polu sukcesy (śmiech).


8. Od kilku lat pracujesz jako Dyrektor Kreatywny w Creamteam Branding & Advertising Design Studio z Krakowa. Jak opisałbyś swoją firmą? Czym się wyróżniacie?

M.S.: Na pierwszym w tym roku spotkaniu biznesowym  przedstawiciele bardzo dobrze znanej w kraju agencji z Warszawy opisali nas jako studio o kreacjach i jakości wykonania  rodem z najlepszych ośrodków projektowych — takich jak Londyn, Berlin czy New York — tyle że robionych, nie wiadomo jakim cudem, w Krakowie. Byli bardzo zdziwieni swoim lokalnym odkryciem z warszawskiej perspektywy, cytuję za nimi: „bo przecież w Krakowie nie ma agencji”.
Ta sytuacja chyba najlepiej oddaje, jacy jesteśmy i jak chcemy być postrzegani, co się udaje, mam nadzieję!

Inna sprawa, że od Creamteam, studia wywodzącego się z Warszawy, stworzonego przez ludzi, którzy z niejednego pieca chleb jedli — o sobie już mówiłem, ale Irena Czusz, partner w Creamteam Branding & Advertising Design Studio, projektowała przecież baseny i ogrody dla króla Bahrajnu czy oświetlenie hoteli i muzeów w Dubaju i to jeszcze zanim stało się to modne — trudno oczekiwać, by takie studio projektowe  wykonywało swoją pracę inaczej niż dotychczas. Inaczej, niż nas nauczono, poniżej standardów, do których przywykliśmy, a także doświadczeń, które zdobyliśmy.

Ostatnio przeczytałem wywiad z red. Żakowskim, który usprawiedliwiałby swoją kiepską pracę i brak lojalności niską płacą lub niekorzystnymi warunkami umowy (tu, umowy o pracę). To jest obca nam postawa. Jeśli źle wynegocjowaliśmy nasze umowy, tym gorzej dla nas, ale nie dla pracy, którą przyjdzie nam wykonać. Po prostu, następnym razem musimy być lepsi niż poprzednio (od J.L.: Mareksy wspominał o etosie pracy w pytaniu 4., możesz też poczytać o etosie pracy, charakterystycznym dla Creamteam Branding & Advertising Design Studio na ich blogu).

Trzymamy standardy jakościowe i technologiczne, dziś zapomniane do tego stopnia, że za profesora uchodzi osoba odróżniająca RGB od CMYK. Oddajemy pracę na czas, a każdy nasz krok jest drobiazgowo przemyślany, nim rzucimy się w wir realizacji, co jest pozostałością po kontakcie z prakseologią Kotarbińskiego na uczelni i późniejszej pracy z wielomilionowymi budżetami. Znamy branżę i pracę od podszewki, bo wszyscy zaczynaliśmy od małych agencji, by z czasem przejść przez największe agencje i klientów tego świata.

Dodaj to tego dziecięcą radość z tworzenia, bo robimy to, co lubimy najbardziej, oraz spoglądanie na problem od strony innej niż inni, a masz charakterystykę naszego Studia.

To dlatego dziś „ładne, bo ładne” u nas nie przejdzie, a „tylko funkcjonalne” nie wystarczy. Wierni jesteśmy kotlerowskiej zasadzie, że każde dobre działanie jest skuteczne, ale i sprawne, a tylko dobre działanie ma sens, nie tylko ekonomiczny, i dla klienta i dla nas. To dlatego Creamteam Studio Brandingu i Reklamy to opowieść o łączeniu pasji tworzenia w brandingu z miłością do profesjonalizmu w reklamie. Creamteam to najlepsze połączenie obydwu!

Tu bardzo ważna uwaga. Tworzenie tworzeniem, ale rozumiemy też, co to jest biznes, a z tym rozumieniem przedsiębiorczości jest na rynku, moim zdaniem, bardzo źle. Szczególnie wśród projektantów, ale i w renomowanych studiach i agencjach nie jest wcale lepiej.
W Ogilvy, nim dostałem na warsztat pierwszego klienta (IBM), musiałem najpierw poznać 5 punktów strategii pracy kreacji opracowanej przez agencję. W dużym skrócie, musiałem zrozumieć, że dział kreacji istnieje, by klient agencji zarabiał.
W d’Arcy duet szefów kreatywnych (Bogdanowicz-Kowalczuk, późniejsi twórcy  G7) wyrzucał mi wszystkie „świetne” (w moim mniemaniu) propozycje kreacji do kosza, dopóki nie zrozumiałem, że najlepszy projekt jest równie zły jak najgorszy, jeśli, mówiąc kolokwialnie, nie pracuje dla klienta agencji.


9. Skoro już padły nazwiska to czy chciałbyś kogoś jeszcze wspomnieć?

M.S.: Pozwól więc podziękować całemu działowi DTP i korekty w Słowie Polskim, bo dali mi niezłą szkołę podstaw fachu. Kochanym paniom korektorkom z Życia Warszawy, z którymi tak długo spieraliśmy się z szacunku dla formy, póki nie wpadłem na pomysł, by projekty przesyłane do korekty opatrywać dopiskiem „litentia poetica”. To były w stanie zaakceptować.

Markowi Karwowskiemu, któremu nigdy nie powiedziałem, że jedna jego uwaga, rzucona przypadkiem w trakcie pracy we wrocławskiej agencji AIDA, mocno zaważyła na moim tworzeniu tekstów i haseł reklamowych. W kwestiach językowych wszyscy polegaliśmy na Marku.
Skoro już o Wrocławiu mowa, Artkowi Rybakowi, który cierpliwie uczył mnie tajników DTP i Jasiowi Gieratowi, który do dziś jest dla mnie archetypem reklamowca.
Wreszcie doktorowi Marcinowi Winiarskiemu z Uniwersytetu Wrocławskiego i profesorowi Michałowi Jędrzejewskiemu z wrocławskiej ASP, którzy mają na mnie zawsze dobry i twórczy wpływ. W tym gronie powinna się także znaleźć uwielbiana przez wszystkich Pani Tamarka z dziekanatu ASP we Wrocławiu.

Wracając do Warszawy, Tadkowi Baranowskiemu, wielkiemu rysownikowi i wielkiemu przyjacielowi, zarówno śmietankowej rodzinki, jak i mojemu oraz Ireny, za dzielne podtrzymywanie nas w przekonaniu, że poszukiwanie wody sodowej ma sens! Chciałbym przekazać w tym miejscu Tadkowi, że Antresolka Profesorka Nerwosolka nie kończy się tutaj, gdzie wydaje mu się, iż się kończy.
Obok Tadka stoi zawsze uśmiechnięta Ania, żona i dziennikarka, która na łamach Świata Młodych kształtowała moje młode i niedojrzałe poglądy, za co serdeczne wyrazy podziękowania, nawet, Aniu, jeśli nie wyszło (śmiech).
Bogusiowi Polchowi, znanemu twórcy Funky Kovala i także przyjacielowi śmietankowej rodziny, za podtrzymywanie w nas przekonania, że lojalność w pracy jest ważna.
Lechowi C. Królowi z Leo Burnett i Euro RSCG, z którym pracowałem w najgorszych kryzysowych latach w Warszawie, za to że nauczył mnie patrzenia na reklamę oczami klienta.
Rafałowi Kalinowskiemu za niezwykły profesjonalizm i wiarę w ludzi, które mogą i powinny imponować.

Z czasów krakowskich należy się podziękowanie Zbigniewowi Brzezińskiemu, dumnemu obywatelowi… Kielc! Człowiekowi ciepłemu, obytemu i wykształconemu, ale przede wszystkim osobistości, w której Creamteam Branding & Advertising Design Studio pragnie widzieć swego przyjaciela.

O Kali i Georgach oraz ich szefach, pp. Michelissach, już wspominałem, a tak wielu jeszcze ludzi, których imiona zatarł czas, a wciąż są obecni w moich projektach. Każdemu z tej rzeszy ludzi, których tu nie wymieniłem, a którzy składają się na moje życie zawodowe, także bardzo dziękuję.


10. Najlepszy projekt, jaki zrobiłeś w życiu to…

M.S.: Lubię wszystkie projekty (może poza jednym) wykonane z Ogilvy & Mather, ale to była bardzo kochana ekipa, chyba najlepsi koledzy z pracy, jakich miałem w życiu, nie licząc obecnej mojej ekipy.
Co do Creamteam Branding & Advertising Design Studio, projekty nielubiane u nas nie powstają, gdyż nie mają szansy realizacji, vide wcześniejsza uwaga o segmentacji rynku.

Mam nadzieję, że najlepszy projekt wciąż przede mną!
Może właśnie ktoś z Twoich Czytelników w tej chwili go zleca.
Zobaczymy, jestem spokojny… że powtórzę za Włóczykijem: Allt är mycket osäkert, och det är just det som lugnar mig.


11. Jak myślisz, w którym kierunku zmierza polska reklama i design? Pokusiłbyś się o kilka refleksji?

M.S.: Miałem tę cudowną możliwość, że zdążyłem jeszcze załapać się na końcówkę pionierskich czasów reklamy w Polsce. Nikt nic nie umiał i każdy uczył się od każdego, więc wielu umiało bardzo wiele, i… więcej było też przyjaźni zawodowych w branży.
Technologie stosowane w branży były niemal takie same, jak te używane obecnie, ale bez wiedzy fachowej rynkowa weryfikacja następowała szybko, ot do pierwszego źle wyprodukowanego materiału.

Potem mogłem obserwować czasy kryzysu z początków nowego tysiąclecia, gdy właściwie branża reklamowa w Polsce skurczyła się do granic administracyjnych… Sadyby i Wilanowa w Warszawie, tak było źle (Sadyba i Wilanów to dwie dzielnice Warszawy, gdzie lokowało się wiele agencji)!
Był to czas wzorcowego marnowania talentów i zasobów w Polsce, tym głębszego,  że granice Unii dla „niepotrzebnych” miały się otworzyć dopiero za dwa lata. Czas, w którym rozpoczął się ten wariacki eksperyment na ludziach i na jakości, którego skutki obserwujemy do dnia dzisiejszego.
Okres ten, niech będzie mi wybaczone, co teraz powiem, jest dziedzicznie obciążony dość wszawą atmosferą pracy agencyjnej w Polsce, w której trudno o dobre traktowanie i zabawę w pracy i z pracy, chyba że ktoś lubi się bawić na targu niewolników.

Następnie miałem tę możliwość, by pracować na emigracji, jak równy z równym, dla najlepszych (z którymi, przez wzgląd na stan i strukturę rynku, nigdy nie dostałbym szansy pracy w Warszawie, chociaż szyld mieli taki sam i tu, i tam). Mogłem też przyglądać się naszemu krajowi i branży z perspektywy 3000 km. To dzięki temu fizycznemu oderwaniu poczyniłem wiele obserwacji, między innymi te opisane przed chwilą.

Dziś każdemu się wydaje, że jak zrobił dobrze swoją robotę to jest już gwiazdą designu i przodownikiem pracy pierwszej klasy, podczas gdy, według moich standardów, zrobił tylko to, co do niego należało.
Coraz więcej także takich, którzy żądają szacunku i oklasków za zrobienie jakiejkolwiek roboty. Signum temporis.
Wydaje mi się więc, że niewidzialna ręka rynku zgubiła gdzieś swoją weryfikacyjną rolę i, jeśli szybko jej nie odnajdzie, odbiorcy rynku reklamowego będą zmuszeni przyzwyczaić się do kiepskiej roboty.
Proces ten przebiegać może w Polsce dość szybko, bo dziś dobre dzieło i sprawna robota nie są darzone specjalną estymą w sektorze producentów i usługodawców, a więc naturalnych klientów firm marketingowych i reklamowych. Boleśnie odczuwamy to wszyscy, gdy wychodzimy z biur i zakładów i wchodzimy w buty klientów.

Pociesza fakt, że coraz większa rzesza przedsiębiorców edukuje się, kontaktuje się z rynkami zewnętrznymi, coraz bardziej rozwadniamy w naszym społeczeństwie piętno sowieckiej bylejakości.
To szansa dla takich jak my, a jak mawia wspomniany dr Winiarski, kryzys na rynku jest przekleństwem dla jednych i szansą dla innych. Zawsze też może się okazać, że dobrym wyjściem dla rzemiosła jest schronienie się pod parasol rynku dóbr luksusowych.

Jak mówi z kolei w swej książce Wolna kultura Lawrence Lessig, amerykański profesor nauk prawnych i działacz społeczny,  żyjemy już kilkanaście lat w rynkowym rozkroku, gdzie z jednej strony technologie mocno nam obrodziły i zmieniają rynki, przewartościowują modele biznesowe, a z drugiej strony główni gracze na obalanych rynkach chcą technologie złapać za uzdę i przygnieść do ziemi. Nasz rynek już dawno nie jest hermetycznie zamknięty, stąd przywołanie amerykańskiego badacza mówiącego o globalnych zmianach przez pryzmat rynku amerykańskiego wydaje mi się zasadne.
Ostatnio słyszałem pogląd, ale nie przypomnę sobie teraz, gdzie o tym czytałem, że to życie w rozdwojeniu może potrwać jeszcze ze trzydzieści lat. Nie ma mądrych, oto, co chcę niniejszym powiedzieć.


12. Odejdźmy na chwilę od tematyki zawodowej. Jesteś blogerem z niezwykle długim stażem. Blogujesz już bodajże od 8 lat. Zawsze chciałem zapytać jak to się wszystko zaczęło? Skąd pomysł na zabawę w blogowanie? Nie brakuje Ci już determinacji?

M.S.: Rzeczywiście, pisanie bloga zacząłem w 2006 r., zaraz po powrocie do Polski z emigracji.

Z tamtych pionierskich czasów pamiętam… pustkę, a potem Maćka Budzicha, a dalej dziś słynną inaczej „Jestę blogerę”, „Zjadamy Reklamy” (czy dobrze pamiętam nazwę?), ale trudno tę produkcję uznać za bloga, to po prostu były przeklejki reklam z You Tube.
Przede wszystkim wspomnieć pragnę o niezapomnianych „Let’s Rock” (wciąż nadaje z podziwu godną determinacją, brawo!), „zHjuston” let’s rock(dziś chyba w Norwegii) oraz nieodżałowaną „Dziumdzię Rumdzię”, co to ją kochali wszyscy, ale oberwało jej się od nas za przywleczenie hasła „Kominek”, którego twórczość dla pensjonarek określiłbym, po angielsku, słowem: repetitive (dziś tego schematu próbuje „Pokolenie IKEI”, szkoda). Dziumdzi się dostało, bo sama była lepsza od dwóch Kominków razem wziętych, a ponieważ tego nie pojmowała, za karę robi dziś w Internetach (śmiech). Bywałem też u Olka Rudaka i Macieja „Moona” Maciejowskiego.
Podsumowując, czas pokazał, że ci, którzy mieli cokolwiek sensownego do powiedzenia, dziś już w większości milczą, a szkoda. Najtragiczniejszą stratą dla mnie jest wciąż nieodżałowana tragiczna śmierć Ucha z „Wieżowców”.


13. Skąd pomysł na blogowanie?

M.S.: Blogosfera = będzie gadanie o pieniądzach, taki się wytworzył schemat skojarzeniowy w ostatnich latach, a blogerzy są sami sobie winni. I lepiej już było, by zamknąć ten temat.
Cóż, nie zawsze w życiu chodzi o pieniądze. Wierzę, że pieniądze i sława to tylko środki do głoszenia swoich idei. Blog był naturalnym przedłużeniem naszej (tj. mojej oraz Irenki) wcześniejszej obecności na MySpace (zapoczątkowanej jeszcze na emigracji). MySpace nas ograniczał, a blog pozwolił nam pójść szerszym frontem.

Był też przyczynkiem do poznawania nowych technologii. Właściwie zawsze służył nam za edukacyjny poligon doświadczalny… Znów muszę to powiedzieć, na długo nim projektowanie i stawianie stron na WordPressie stało się modne, my mieliśmy już platformy blogowe w jednym palcu, rozpracowane i porównane.

Przyznam jednak, że pod koniec 2012 r. myśleliśmy poważnie o zakończeniu zabawy z blogiem.
Pisanie przestawało mieć dla nas sens. Pojawił się Twitter, potem Facebook. Szczególnie ceniłem sobie tego pierwszego. Pisanie twittów miało ogromny walor edukacyjny. Spróbuj zmieścić poglądy Sołżenicyna, filozofię Schoppenhauera i własne myśli w nieco więcej niż stu znakach, a zrozumiesz, o czym mówię. Ze szczególnym wzruszeniem przypominam sobie pisanie opowiadań pod znamiennym tytułem #SixWordStory!
Błędne decyzje Facebooka z ograniczaniem wcześniej udostępnionych usług sprawiły, że ponownie zainteresowaliśmy się blogiem. Pisząc na FB napędzamy ruch FB. Pisząc u siebie, napędzamy tylko siebie. Tak myśleliśmy w 2012 r., a w 2014 r. obserwujemy falę podobnych poglądów przetaczających się przez blogosferę, więc chyba się nie myliliśmy. Uśmiechamy się tylko.

Coś też zmieniło się w naszych odbiorcach. Dziś jest mniej rozrywkowo i mniej osobiście, za to ludzie czytają, a potem listy piszą i pytają o konkretne zagadnienia, techniczne, technologiczne. To ciekawe i inspirujące, każdy autor pragnie odzewu, a i taka zmiana pozwala nam także spłacać dług zaciągnięty u tych, którzy uczyli nas.
Własny blog to także możliwość zebrania wszystkich ważnych myśli w jednym miejscu, nie tylko naszych myśli, ale te też bierzemy pod uwagę, by nie oddawać ich już nigdy więcej na łaskę wiatru niepamięci hulającego w zakładkach przeglądarki. Od jakiegoś czasu na spotkaniach biznesowych używamy go w roli magazynu wypowiedzi i cytatów. Jak widzisz więc, blog wyrósł z porcięt i stał się narzędziem.
Może dzięki temu jesteśmy dziś cytowani w miejscach opiniotwórczych. Z naszych zasobów skorzystał ostatnio za naszą zgodą niezwykle popularny Świat czytników, a nasze idee wolnościowe w kontekście prawa autorskiego promował Jarek Lipszyc z Fundacji Nowoczesna Polska.


14. Czytasz blogi?

M.S.: Szczerze? Niespecjalnie cenię blogosferę. Czytanie blogów to raczej doświadczenie rozczarowujące. Blogosfera wygląda dla mnie jak grupa ludzi piszących książki po kursach pisania. Nie przejmujących się koniecznością zrobienia solidnej kwerendy i sprawdzenia źródeł. O interpunkcji i ortografii nie chcę nawet wspominać.
W Creamteam Branding & Advertising Design Studio mamy zasadę, iż przed napisaniem postu na blog zawsze sprawdzamy treść i formę oraz przeprowadzamy odpowiedni reasearch. Jeżeli nie możemy się dokopać do źródła, po prostu omijamy temat. Traktujemy bloga jak robotę dziennikarską, czyli rzetelnie. Zdajemy sobie sprawę z formalnych konsekwencji pisania, co wcale nie jest częste w świecie blogosfery. Odpowiadamy za to co piszemy, więc staramy się być odpowiedzialni.

Tak naprawdę dziś nie obserwuję żadnego bloga na stałe. Czytam raczej z doskoku, ponieważ doświadczenie, wypływające z wieloletniego pisania bloga, pokazuje, że one przychodzą i odchodzą. Bardziej odchodzą niż przychodzą.

Jest jednak kilka miejsc, które odwiedzam. Raczej z powodu osobowości ich autorów niż treści, które piszą, gdyż ciekawa osobowość najczęściej gwarantuje interesującą treść. Lubię takich ludzi jak Arkadeey z „Let’s Rock ” czy Zbigniew Brzeziński, Andrzej Ludwik Włoszczyński, Grzegorz Kępiński, Andrzej Rodan, Andrzej Ballo i Piotr Vagla Waglowski.
Wszyscy oni próbują zarazić świat swoją pasją, niezależnie, czy robią to na platformie blogowej, czy na Facebooku (na marginesie, to rozróżnienie w ogóle ma dziś sens?).
Nie lubię za to wymuskanych gogusiów i egzaltowanych panienek, wyblichtrowanych i pewnych swego miejsca na ziemi, bo wczoraj były u nich dwa tysiączki unikalnych wejść. Wiesz, jak łatwo zrobić taką sztuczkę, Jacku? Wystarczy sprawić, żebyś zamieścił wzmiankę o wpisie na swojej tablicy… (śmiech)

Od czytania blogów stricte wolę czytanie komentarzy, pojawiających się pod różnymi „gorącymi” tematami. Na Facebooku prowadzę nawet taki projekcik #czytamkomentarze, gdzie przeklejam najlepsze i najciekawsze komentarze. Niestety, coraz częściej dochodzę do nader smutnej konkluzji, że cały Internet staje się bardzo mocno wtórny. Stracił swoją świeżość z lat młodzieńczego buntu i niedługo przejmie pewnie dzisiejszą rolę i charakter TV.


15. Nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał. Twoja ulubiona książka o marketingu, reklamie lub designie?

M.S.: Starsze tytuły? Kotler, Ogilvy, „Odróżnij się albo zgiń” Jacka Trouta, „Cokolwiek pomyślisz, pomyśl odwrotnie” Ardena, „Erystyka” Schopenhauera, traktat „O patrzeniu” Bergera”, Lessig, Doctorow.

Jak już pewnie zauważyłeś, część tych książek nie dotyczy bezpośrednio marketingu. Raczej nie szukam prawd marketingowych w książkach branżowych. One są zupełnie gdzie indziej.

Z ostatnich lat? Nuda i powtarzanie tych samych treści pod różnymi tytułami.
Coraz trudniej o coś naprawdę świeżego, jak np. „Ja, Urbanator” (biografia Michała Urbaniaka, wbrew pozorom książka o marketingu, czemu dałem wyraz w notatce na naszym blogu), „Pułapki myślenia” Kahnemana czy też „Jak zostać dizajnerem i nie stracić duszy” Shaughnessy’ego, „Wałkowanie Ameryki” Marka Wałkuskiego albo epopeja o Ziemniaczanym Oligarsze w Rosji…


16. Marketer powinien dużo czytać?

M.S.: Moim zdaniem, jeżeli człowiek nie jest oczytany to nie ma czego szukać w branży. Marketing to przecież umiejętność znalezienia się w konkretnej, często nowej sytuacji. Człowiek oczytany zawsze będzie umiał odnaleźć się w nowych realiach czy dekoracjach.
To także praca z ludźmi i dla ludzi, jak chcesz ją wykonywać bez narzędzia typowego dla humanisty?

Myślę też, że marketing jest bardzo bliski filozofii. Kto nie lubi czytać, a kocha wiedzieć, skazany jest na tylko doświadczalne zdobywanie wiedzy. Ten proces bywa bolesny i czasem prowadzi do błędnych wniosków. Lepiej czytać i jednocześnie doświadczać, bo jak mówi stare przysłowie, kto czyta nie błądzi i lepiej się uczyć na cudzych błędach. Poza tym, nasz czas jest skończony, a ponoć ideą dzisiejszego społeczeństwa jest: szybciej to lepiej (śmiech).


17. Prowadzisz jeden z moich ulubionych fanpejdży, o dosyć przewrotnym tytule „Co na to Diabeł”. Skąd pomysł na taką, nieco obrazoburczą, komunikację?

M.S.: Nie mogę potwierdzić ani zaprzeczyć autorstwu (śmiech). Gdyby jednak spytać Co Na To Diabeł, z pewnością odpowiedziałby Ci, że zainspirował go „Statek” Łysiaka. Dzięki tej inspiracji powstał fan page z Diabłem w roli głównej. Diabłem, który nie jest straszny, ale przypomina raczej dobrotliwego Wuja, bohatera wymienionej książki, który przez wiele kart tej pozycji spiera się ze swoim przyjacielem, bardzo apodyktycznym i kategorycznym w sądach Proboszczem.

Zapraszam na łamy Co Na To Diabeł oraz do czytania Łysiaka. To autor, który także wie zaskakująco dużo na temat marketingu.


18. Ostatnie pytanie. Kilka dni temu zajrzałem na Twój profil na „twarzoksiążce” i… czyżbym widział nowe otwarcie? Zgadza się, niedawno zdecydowałem się przyjąć propozycję właścicieli i doradzać Prezesowi Zarządu eLib.pl.

M.S.: Firma działa na rynku kultury, przede wszystkim przybliżając ją swoim klientom i upowszechniając w społeczeństwie jej cyfrowe oblicze. Jeśli czytasz e-booki, możliwe że już zetknąłeś się z nami, a to dopiero początek!
W eLib zajmuję się na poziomie strategicznym zagadnieniami marketingowymi, oczywiście reklamą, a także prawem autorskim. Nowe zadanie doskonale więc wpisuje się w moje dotychczasowe działania w Creamteam Branding & Advertising Design Studio.
Ze względu na wielkość i charakter działalności firmy, z eLib mam szansę wpływać na zagadnienia od zawsze bliskie memu sercu, wykształceniu, umiejętnościom i zainteresowaniom. Pomimo faktycznie znikomej świadomości społecznej w tej kwestii, to właśnie na rynku cyfrowych dóbr kultury leży klucz do jutrzejszego społeczeństwa, swobód obywatelskich i przyszłości wolności słowa.
Tylko tak dalej!


J.L Dziękuję za rozmowę i… cierpliwość.

M.S.: To ja bardzo dziękuję za tę intelektualną przyjemność.
Pozdrawiam Wszystkich Twoich Czytelników i życzę im, a także Tobie, abyś miał więcej wolnego czasu na pisanie, gdyż wiem, jak bardzo tęsknią za Tobą i Twoimi poglądami, o marketingu, o książkach, o sportach… i kryminałach (komentarz J.L. – spłonąłem rumieńcem J).

Pragnę na koniec zapewnić, że jesteście, Ty i Twoi Czytelnicy, zawsze mile widzianymi gośćmi dla mnie i mojej ekipy. Nie tylko na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio.


Marek „Mareksy” SzewczykCreative Director at Creamteam Branding & Advertising Design Studio. Wcześniej m.in. w Pandora Ogilvy, Życie Warszawy Po Godzinach. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych dla Najwyższych Designerów. Obecnie mieszka i pracuje w Krakowie oraz w Warszawie.

Creamteam Studio Brandingu i Reklamy to opowieść o reklamie, identyfikacji i designie, prosto z Krakowa, serca Polski. Creamteam to opowieść o łączeniu pasji tworzenia w brandingu z miłością do profesjonalizmu w reklamie. Creamteam to najlepsze połączenie obydwu!


„Mareksego” przepytywałem ja
Bloger II klasy – Jacek Lipski

Ps. za edycję wywiadu oraz wszelkie ewentualne błędy ponoszę pełną odpowiedzialność (J.L.)

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. 11 pytań do Marcina Łukiańczyka, założyciela porównywarki UpolujEbooka.pl
  2. Marketing miast: Key West – mała wyspa z wielką marką!

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.

  • http://www.creamteam.pl/ Marek mareksy Szewczyk

    Dziękuję, Jacku.

    Może jakoś rozgrzeszy nasze opóźnienie podanie do publicznej wiadomości faktu, że zarzuciliśmy obowiązujący obecnie w prasie zwyczaj, że wywiadowany sam sobie pisze odpowiedzi.
    My naprawdę rozmawialiśmy długie godziny i wyrazy szacunku za cierpliwość należą się niewątpliwie Twojej małżonce, którą niniejszym także pozdrawiam.

    • Jacek

      Mówisz, że takie zwyczaje panują w naszej prasie? O tempora, o mores…
      Fakt, to był wywiad którego przygotowanie wymagało naprawdę wiele pracy. Szczerze mówiąc to nigdy się tyle „nie nagadałem” przygotowując podobny materiał, także dziękuję Ci za Twój czas (a Irence za cierpliwość, bądź co bądź, poświęcałeś mi go głównie w weekendy).

  • Pingback: Copy Camp v.14 | Creamteam Branding & Advertising Design Studio()

  • Pingback: Wywiad z mareksym | Creamteam Branding & Advertising Design Studio()

  • Pingback: Podsumowanie roku minionego i plany na 2015 r. | Marketing, Książki & Życie()