Wakacje z Papą Hemingwayem

Każdy człowiek ma swoje miejsce na Ziemi. Swój prywatny mikrokosmos. Małą Ojczyznę. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Żyjemy w jednym miejscu przez całe życie, uważając to za oczywiste. Aborygeni mówią, że Twój dom to takie miejsce, gdzie nie zadajesz sobie pytań. Moje miejsce znajduje się setki kilometrów stąd, za Wielką Wodą. Przypadek sprawił, że ten sam skrawek Ziemi wybrał sobie Ernest Hemingway. Zapraszam na wycieczkę śladami autora „Pożegnania z bronią”.

Jeżeli jeszcze nie wiesz, gdzie udamy się tym razem, to pozwolę sobie uchylić rąbka tajemnicy. Zmierzamy na Key West. Piękna, tropikalna wyspa położona na samym końcu Florydy. Najbardziej wysunięty na południowy wschód skrawek USA. W piękny, bezchmurny dzień w oddali widać zarysy wybrzeża Kuby. Tylko 80 mil dzieli nas od kraju nieszczęśliwych, oszukanych przez El Comandante ludzi. Miami leży dużo dalej. Tym razem nasza wycieczka będzie miała charakter sentymentalny. Spędziłem na Key West 8 miesięcy swojego życia. Uczucia do największej z Florida Keys, nie osłabił nawet sezon huraganów z Katriną i Wilmą na czele. Podobnie jak „Papa” Hemingway, stałem się ofiarą indiańskiej klątwy ciążącej nad Key West. Kto raz tu przyjechał, zawsze będzie chciał powrócić. Po przekroczeniu Seven Mile Bridge człowiek jest stracony. Wyjątkowo nie zamierzam pisać o historii ani o największych atrakcjach tego miejsca. W zamian za to kilka wspomnień z amerykańskiej przygody!

Key West, 02:00 rano

Delikatna poświata księżyca nieśmiało wpadała do środka małego pokoju, z łatwością przedzierając się przez stare żaluzje. Ciężkie powietrze nie pozwalało oddychać ani zasnąć. Pomimo odkręconej do maksimum klimatyzacji, temperatura w pomieszczeniu wydawała się być wyższa niż na zewnątrz. Bezmyślnie wpatrywałem się w zawieszony pod sufitem wiatrak, toczący nierówną walkę z tropikalnym klimatem. Kolejna bezsenna noc. Scenariusz był identyczny. Za każdym razem, kiedy nie mogłem zasnąć, niewidzialna siła pchała mnie nad ocean. Nie mogłem się jej oprzeć. Dzisiejsza noc nie była odstępstwem od reguły. Wyszedłem na zewnątrz.

Drewniany, parterowy domek na Thomas Street 1025, który zajmowałem, zdawał się być położony w samym środku strefy ciszy, przerywanej niekiedy odgłosami koncertujących cykad. Panujący dookoła mrok rozpraszały jedynie światła ulicznych latarni oraz słaba poświata schowanego za chmurami księżyca. Lekka, dająca orzeźwienie bryza subtelnie kołysała liśćmi palm rosnących po obydwu stronach uśpionej ulicy. Wiatr wzmagał się tylko na kilka sekund, by zaraz umilknąć, w obawie przed zakłóceniem atmosfery senności i leniwego spokoju, panującej w okolicy. Cała dzielnica, zamieszkiwana przez Afroamerykanów i emigrantów z Europy Wschodniej, sprawiała wrażenie pogrążonej we śnie, zaprzeczając obiegowej opinii, że Key West nigdy nie śpi. Po części była to prawda. Wystarczyło przejść kilka przecznic do Duvall Street, by znaleźć się w samym centrum rozbawionego, szukającego wrażeń tłumu turystów. Całe życie nocne Key West koncentrowało się wokół Duvall Street, znanej z licznych restauracji i klubów nocnych, otwartych przeważnie do samego świtu. Nic dziwnego. Patronem miasta jest znany abstynent i domator – Ernest Hemingway. Trasa mojej wyprawy przebiegała obok położonego na 907 Whitehead Street domu pisarza. Powstały w nim takie dzieła, jak „Komu bije dzwon”czy „Śmierć po południu”.

Kierunek wędrówki był jak zawsze ten sam. Mallory Square. Najpiękniejsza promenada świata. Położona nad brzegiem morza aleja, okolona rzędem pomalowanych na biało latarni, robi piorunujące wrażenie. Na Mallory Square można poczuć powiew luksusu symbolizowanego przez Hilton Hotel. To miejsce, gdzie cumują ogromne cruzy w drodze na Karaiby. Co wieczór zbierają się tu setki turystów, by brać udział w Sunset Celebration – mistycznej ceremonii zachodu słońca. Noc to najlepsza pora na zwiedzanie promenady. Tylko po zapadnięciu zmroku można uniknąć widoku stada wiecznie uśmiechniętych turystów oraz nigdy niemilknących trzasków migawek aparatów fotograficznych. Szybkim krokiem zmierzałem do celu. Nie wykazałem zainteresowania mijanemu po drodze Little White House, zbudowanemu na życzenie samego prezydenta Trumana.

Kilka metrów dalej zatrzymałem się w miejscu. Przystawałem tu zawsze. To właśnie tutaj, oglądając pastelowy budynek prezbiteriańskiego kościoła, silnie kontrastujący z ponurym gmachem US Postal Office, wyczuwałem istnienie granicy wpływów dwóch tak od siebie różnych światów. Wrażenie pogłębiał widok malutkich witryn sklepików, prowadzonych przez przybyszy z Haiti i Jamajki, oferujących pełny asortyment przeróżnych drobiazgów, począwszy od kart tarota odpędzających złe duchy, na amuletach kończąc. Wystawione w oknach figurki i symbole kultu voodoo, oświetlone blaskiem księżyca, tworzyły atmosferę niesamowitości przepełniającą całą dzielnicę. Magię tego miejsca wyczuwało się w powietrzu. Czas wydawał się biec w zwolnionym tempie. Tutaj miała swój początek nieoznaczona na żadnych mapach, niewidzialna granica pomiędzy USA a Karaibami.

Po chwili dotarłem do rzęsiście oświetlonego, zbudowanego z czerwonej cegły budynku muzeum. Przyśpieszyłem kroku. Szum morza, którego fale cichutko rozbijały się o brzegi wyspy, słychać było z oddali, ale dopiero teraz czuło się zniewalający zapach oceanu. Intensywna, gęsta jak zupa woń wodorostów i słonej wody uderzała do głowy, pulsowała w skroniach. Dzięki tej cudownej mieszance zapachów powietrze nabierało przedziwnej lekkości i zwiewności. Nie sposób oprzeć się czarowi tego miejsca.

Niespodziewanie atmosferę senności popsuł odgłos samolotu zmierzającego na pobliskie lotnisko. Odruchowo podniosłem głowę. Nie zdołałem dostrzec intruza. Nieproszony gość zdążył skryć się gdzieś wysoko w chmurach. Szybko zapomniałem o nieprzyjemnym wydarzeniu. Spojrzenie na niebo, które na Key West ma barwę niespotykaną nigdzie indziej na świecie, wywołało uśmiech na mojej twarzy. Nie mogłem oderwać wzroku od rozciągającej się aż po linię horyzontu intensywnie granatowej przestrzeni, przetykanej gdzieniegdzie ciemnymi skupiskami chmur. O dziwo, największe skupisko chmur usytuowane było tuż koło księżyca, zupełnie jakby pragnęły one stłamsić jedyne źródło światła i spowodować nastanie nieprzeniknionych ciemności. Widok ten przywodził na myśl manichejski pejzaż, przedstawiający odwieczną walkę światła i ciemności.

Powoli opuściłem głowę. Wolno ruszyłem przed siebie. Starałem się chłonąć atmosferę tego niezwykłego miejsca. Dostrzegałem już maszty jachtów zacumowanych przy przystani. Gdzieś daleko w oddali błyskały światła okrętów płynących w stronę powoli znikającego za chmurami księżyca. Gdzieś daleko za horyzontem leżała, pogrążona we śnie, Kuba. Ostatni bastion komunizmu. Raj utracony. Nigdy nie mogłem zapomnieć zdjęć Hawany, oglądanych na wystawie w miejskim muzeum. Piękne niegdyś miasto, obrócone z biegiem lat w całkowitą ruinę, przypominało starą kobietę, starającą się za wszelką cenę zachować resztki dawnej urody. Ponure myśli przerwał widok, jaki rozpostarł się przed moimi oczami. Ocean, jedyny powód nocnych wędrówek, był jak narkotyk. Błękitny bezkres. Piękny i śmiertelnie niebezpieczny, symbol potęgi natury. Źródło refleksji, oaza spokoju, świątynia ciszy i ukojenia. Zawsze odnosiłem wrażenie, że kolor oceanu zdaje się tracić na swojej intensywności w miarę oddalania się od brzegu. Najbardziej fascynująca wydawała się jednak delikatna poświata księżyca, otulająca go niczym zwiewna, przystrojona cekinami sukienka. W ten niecodzienny sposób księżyc starał się subtelnie zaznaczyć pozycję strażnika nocy. Niesamowite wrażenie robił położony nieopodal pomnik. Oświetlony promieniami księżyca obelisk został wzniesiony ku czci mieszkańców Key West, którzy polegli w wojnach toczonych przez Amerykę przez ostatnie stulecie. Na dzisiaj koniec włóczęgi. Czas wracać do domu…

Republika „Papy” Hemingwaya

Przytoczona powyżej historia zdarzyła się naprawdę. Opowiedziałem ją po to, by przybliżyć atmosferę florydzkiej wysepki. Niestety Key West wymyka się wszelkim próbom opisu. Klimat tego miejsca jest nieuchwytny. Wyspa stanowi raj dla niespokojnych duchów. Przyciągnęła samego króla poszukiwaczy przygód – Ernesta Hemingwaya. W Key West ciągle unosi się niespokojny duch „Papy”. W domach pod 314 Simonton Street oraz 907 Whitehead Street mieszkał i pisał. W „Sloppy Joe’s Bar” pił i używał życia. Z pobliskiego portu wyruszał na swoje morskie wypady na marliny. Życie w Key West nie ogranicza się tylko do wspomnień o tym wielkim patronie. Ma swój specyficzny, stworzony przez przybyszy ze wszystkich stron świata charakter. Toczy się w wolnym, charakterystycznym dla wyspiarskich społeczności, tempie. Nikt się nigdzie nie śpieszy. Nikt nie denerwuje się na kierowców miejskich autobusów, notujących godzinę spóźnienia. Taki jest Key West. Wyspa oczaruje każdego. Życie nabiera smaku, kiedy zaczynasz dzień od filiżanki mocnej jak kokaina, kubańskiej kawy. Masz dużo wolnego czasu? Idziesz ponurkować na rafie koralowej albo poopalać się na jednej z plaż. Później czas na wycieczkę na Dry Tortugas. Wieczorem, kiedy upał zelżeje, ruszasz w miasto. Duval Street otwiera swoje podwoje. Koniecznie spróbuj miejscowych przysmaków. Słodkie ciasto key lime pie to prawdziwe niebo w gębie. Miejscowe owoce morzą są legendarne. Na zakończenie wieczoru nie można sobie odmówić przyjemności skosztowania kubańskiego koktajlu Mojito. Polecam odwiedzić Hog’s Breath Saloon na Front Street. Jeżeli nie dość Ci jeszcze wrażeń, to jesteś we właściwym miejscu. Key West to największa „imprezownia” w USA. Na wspomnianej Duval Street życie nocne kończy się o świcie.

Na koniec zostawiłem małą niespodziankę. Jeżeli przypadkiem będziecie na Florydzie na przełomie października i listopada, to musicie przyjechać na Key West. To jedyna okazja, by zobaczyć brazylijski karnawał w USA. Fantasy Fest to dwa tygodnie szalonej zabawy, której ukoronowaniem jest obłędna parada przebierańców. Na okres karnawału 5-tysięczne miasteczko zyskuje 20 tysięcy nowych obywateli. Fantasy Fest to tylko jeden z wielu powodów, dla których warto odwiedzić Key West. Jeżeli tu zawitacie, pamiętajcie o słowach „Papy” Hemingwaya z „Rajskiego ogrodu”: „Myślcie tylko o tym, co nie jest realne. A poza tym patrzcie, słuchajcie i czujcie…”.

 

Tekst został opublikowany na nieistniejącym już portalu „Singiel w podróży” w 2007 roku.

Logo Jacek Lipski

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. Dzieci w reklamie – spot TUI „Gdzie na wakacje?”
  2. „Weź kulturę na wakacje” czyli reklamy (prawie)idealne, cześć II

Marcin Wozniak