Polak – Europejczyk

Słońce powoli kryje się za horyzontem. Ciepły, jesienny dzień dobiega końca. Rozklekotany autobus z Warszawy zbliża się do Lublina. Dawno temu przekroczyliśmy niewidzialną granicę dzielącą Rzeczpospolitą na dwie części. Mijamy szare blokowiska Polski B. Na drodze pustka, tylko nieliczne samochody zmierzają do stolicy regionu. Stajemy na światłach, po czym wysiadamy na szarym, ponurym dworcu. Wysiadam w Polsce. Wysiadam w Europie?

Jednego dnia przemierzam uliczki portu w Rotterdamie, drugiego jestem na lotnisku w Nowym Jorku. Przemykam w strugach jesiennego deszczu obok pomnika Oscara Wilde’a w Dublinie, by za chwilę prażyć się w słońcu Florydy. Wysiadam na obskurnym dworcu w Katowicach, później w szaleńczym biegu gonię odjeżdżający warszawski tramwaj. Migawki z poznanych miejsc przelatują mi przed oczami. Podróżuję, mój świat mówi po angielsku – „jestem Europejczykiem”? Wszędzie poza Polską czuję się obco – „jestem Polakiem”? Cierpię na rozdwojenie jaźni. Bez końca usiłuję znaleźć odpowiedź na pytanie, gdzie w zakamarkach słowiańskiej duszy Polska spotyka się z Europą. Efekty moich poszukiwań? Przekonajcie się sami.

Trudne początki w Krainie Tulipanów

lipiec 2002 r., Rotterdam, Holandia

Poznawanie Europy rozpoczynam jeszcze przed wstąpieniem Polski do Unii. Znajomi ze studiów namawiają mnie na saksy w Holandii. Niestety bez unijnego paszportu nie mogę znaleźć pracy. Po tygodniu bezowocnych poszukiwań ruszam na wycieczkę do Rotterdamu. Lekko zdezorientowany przemierzam centrum multikulturowego miasta. Wokół mnie kłębi się różnobarwny, roześmiany tłum w niczym nieprzypominający wiecznie przygnębionej, szarej Polski. Zadowoleni z życia ludzie ze wszystkich stron świata przechadzają się szerokimi ulicami portowego miasta. Po raz pierwszy w życiu widzę homoseksualną parę trzymającą się za ręce. Z ciekawością oglądam wystawy coffee shopów. Zastanawiam się, czy każdy europejski kraj wygląda podobnie.

Europejczyk za Wielką Wodą

Okęcie, Warszawa, czerwiec 2003 r.

Po Holandii przyszedł czas na podbój Ameryki. Tak jak tysiące innych Polaków przede mną śnię amerykański sen. Niepewność przychodzi na lotnisku. Czas nieubłaganie upływa. Migocząca na tablicy świetlnej godzina odlotu brzmi jak wyrok. W oczekiwaniu na pierwszy w życiu lot samolotem nerwowo kartkuję swój paszport. Po raz setny oglądam zdjęcie wizowe. Wokół mnie dziesiątki podróżnych tłoczą się w ciasnym terminalu. W końcu wybija godzina zero. Omijam stosy bagaży tarasujących przejście i ruszam do odprawy. Powtarzam sobie, że dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia…

JFK, Nowy Jork, czerwiec 2003 r.

Przebudzenie nadchodzi bardzo szybko. Zirytowany urzędnik imigracyjny na lotnisku daje mi do zrozumienia, że nie jestem tu mile widzianym gościem. Z zazdrością obserwuję parę Niemców, którzy nie muszą przechodzić upokarzającej procedury. Czuję się jak Europejczyk drugiej kategorii. Na szczęście po udzieleniu odpowiedzi na kilka niegrzecznych pytań dostaję upragnioną wizę. Kwadrans później podziwiam Amerykę z okien zmierzającego na Manhattan autobusu. Z trudem dociera do mnie, że ten kraj stworzyła garstka uchodźców z Europy.

Key West, Floryda, sierpień 2003 r.

Wakacje zbliżają się do końca. Od dwóch miesięcy pracuję w restauracji na Duvall Street. Oficjalnie biorę udział w programie wymiany kulturalnej. Faktycznie jestem jednym z setek tysięcy studentów z całego świata, rekrutowanych co roku jako tania siła robocza do amerykańskich kasyn i fast foodów.

Key West to wyspa położona 80 mil od Kuby, obecnie opanowana przez nielegalnych emigrantów. Urząd Imigracyjny rzadko tu zagląda. Na każdym kroku od Mallory Square po Roosevelt Boulevard słychać polską mowę. Moją ulubioną postacią symbolizującą to miasto jest pan Henio (65 lat, emerytowany górnik). Przyjechał dorobić – „by wnuczkom żyło się lepiej”. Haruje na 2 zmiany. Nie ma czasu na sen.

Manhattan, Nowy Jork, październik 2003 r.

Ze słonecznej Florydy przyjeżdżam do najbardziej zeuropeizowanego z amerykańskich miast. Jak mówił Rick, manager restauracji, w której pracowałem – „przyjechać do USA i nie zobaczyć Nowego Jorku to grzech”. Spaceruję więc po skąpanym w kolorach jesieni Central Parku, wieczorem jadę obejrzeć Ground Zero. Przez oczami mam wielki krater, pozostałość po World Trade Center. Mimo późnej pory spora grupa osób ogląda wystawę fotografii i zapala świeczki. Na twarzach zwiedzających ponury nastrój skupienia, w oczach łzy. Na olbrzymiej amerykańskiej fladze z listą ofiar zamachu odnajduję kilka polskich nazwisk. Czuję się nieswojo. Odchodzę szybkim krokiem, po czym wskakuję do metra. Ktoś za moimi plecami rozmawia przez telefon komórkowy, zachwycając się Times Square. Odwracam głowę. Koleś w moim wieku, ubrany w szturmówki i wytarty sweter. Twarz dziwnie znajoma. To musi być Rafał. Spotkałem go parę miesięcy temu w autobusie jadącym z lotniska na Grand Central Station. Studiował na Politechnice w Białymstoku, jechał chyba do Bostonu. Nieporadną angielszczyzną usiłował nawiązać rozmowę ze studentem z RPA. Pomylił apartheid z holokaustem. Do końca życia nie zapomnę miny Afrykańczyka.

Zabawna historia pozwala zapomnieć o kołaczącej się po głowie myśli – „zostać czy wracać?” W końcu postanawiam dać Polsce jeszcze jedną szansę. Większość moich przyjaciół została w USA. Kilka razy w roku dostaję od nich kartki. Czasem dzwonią, powtarzając standardową śpiewkę emigrantów – „jeszcze tylko rok i wracam”.

Wyspa (nie)szczęśliwych w dwóch odsłonach

Victoria Station, Londyn, Wielka Brytania, lipiec 2004 r.

Niech żyje Unia, czerwony paszport i otwarte granice. Tego lata jadę autokarem do Irlandii. W Londynie mam przesiadkę na Victoria Station. Idąc napić się kawy, wszędzie słyszę te same pytania i wątpliwości – „masz już nagraną pracę, gdzie będziesz mieszkać”? Otaczają mnie Polacy zmierzający w dziesiątki miejsc. Autobusy wiozą ich do Leeds, Manchesteru i Birmingham. Czy naprawdę jesteśmy narodem emigrantów?

O’Connell Street, Dublin, Irlandia, lipiec 2004 r.

Niecałą dobę później dopływam promem do stolicy Zielonej Wyspy. Na dworcu głównym w Dublinie powtórka sytuacji z Londynu. W długiej kolejce do kas biletowych stoi sznureczek znużonych podróżą rodaków. Matki z dziećmi na ręku, całe rodziny. Jadą do Cork, Limerick i Wicklow. Na tablicach ogłoszeniowych dostrzegam polskie reklamy i instrukcje dla podróżnych w znajomym języku. Prawdziwy szok czeka mnie jednak na zewnątrz. Pierwszy raz w życiu oglądam paradę równości. Środkiem miasta przejeżdżają ogromne platformy wypełnione poprzebieranymi, roześmianymi ludźmi. Z głośników rozbrzmiewa ogłuszająca muzyka techno. Nikt nie okazuje wrogości, przechodnie machają do tańczących uczestników parady. Jak to możliwe? Irlandia jest podobno krajem katolickim, tak jak Polska.

Main Street, Arklow, Irlandia 2006 r.

Dwa lata później zaliczam drugie podejście do Irlandii. Mieszkam u przyjaciół w małym, nadmorskim miasteczku na prowincji. Sezon wakacyjny w pełni. Mnóstwo Polaków. Niestety spora grupa rodaków przyjechała w naiwnym przeświadczeniu, że praca w Irlandii leży na ulicy. Kupili bilety w jedną stronę, nie wzięli nawet pieniędzy na dłuższy pobyt. Teraz koczują w ruinach opuszczonej fabryki lub śpią na ławkach w parku. Są jednak w Arklow Polacy, którym odnalezienie się w nowej rzeczywistości poszło znacznie szybciej. W środku nocy budzi mnie grupa pijanych, półnagich kibiców biegających po Main Street z okrzykiem „Wisła Kraków” na ustach. Europa da się lubić!

Po incydencie z fanami krakowskiej drużyny wydawało mi się, że jestem przygotowany na wszystko. Byłem w błędzie. Pewnego dnia kolega wysłał mnie z dokumentami do ubezpieczalni. Rudowłosa, sympatyczna Irlandka, oglądając papiery samochodu, zadaje pytanie: „Czy tam u was w Polsce jest jakaś wojna? Ciągle rejestruję samochody dla Polaków”. Zmieszany nie wiem, co odpowiedzieć. Wykorzystując zamieszanie wywołane przybyciem grupy nowych klientów, chyłkiem opuszczam budynek.

Na wieczornej imprezie przekonuję się, jak wiele brakuje nam jeszcze do Europy. Pytam mieszkających tu na stałe Polaków, dlaczego nie głosują w lokalnych wyborach. W odpowiedzi słyszę – „nie chcemy niczego zepsuć, nie chcemy, żeby było tak jak w Polsce”. Dochodzę do wniosku, że najwyższy czas wracać do domu. Znajomi, u których mieszkałem, dyskretnie sondują mnie, czy wiem, co robię. Polacy spotkani na ulicy łapią się za głowę: „Do czego chcesz wracać? Chyba upadłeś na głowę”. Z coraz mniejszym przekonaniem odpowiadam – „chcę skończyć studia i spróbować szczęścia w Polsce”. Tuż przed wyjazdem Mariusz (35 lat, pracownik budowlany) wypowiada złowieszczą przepowiednię: „I tak tu wrócisz. Za 2-3 lata, ale na pewno wrócisz…”

Kopalnia możliwości

Gliwice, lipiec 2008 r.

Ostatnie studenckie wakacje. Tym razem szukam pracy w Polsce. Ląduję na stażu w międzynarodowej firmie na Śląsku i na parę miesięcy zapominam o emigracji. Jestem zafascynowany życiem w najbardziej zróżnicowanym kulturowo regionie w Polsce. Śląsk potrafił mnie zaskoczyć. Jadąc do Gliwic, spodziewałem się postindustrialnego miasta, otoczonego przez huty i kopalnie. Na miejscu zastałem zadbane, pełne zieleni miejsce zamieszkiwane przez ludzi mówiących z dziwnym akcentem. Dla przybysza z drugiego krańca Polski to zupełnie inny świat. Na pejzaż Śląska składają się ludzie mówiący gwarą, specyficzna architektura oraz silne poczucie odrębności. Mieszkańcy określają się często jako Ślązacy, a nie Polacy.

Pociąg z Lublina do Gliwic, wrzesień 2008 r.

Podróż z Lubelszczyzny na Śląsk to prawdziwa przyjemność. Przedłużający się remont trakcji powoduje, że 430-kilometrową trasę pociąg pokonuje w 9 godzin. Tempo iście zawrotne. Zagadnięta przeze mnie konduktorka usiłuje mi wytłumaczyć, że pociąg zgodnie ze standardami unijnymi porusza się ze średnią prędkością 100 km na godzinę. Na moją odpowiedź, że w takim razie powinniśmy już dojeżdżać do Pragi, robi obrażoną minę i wychodzi z przedziału. Cóż, matematyka nigdy nie była moją mocną stroną…

Na skraju Europy

Symferopol, Ukraina, sierpień 2008 r.

Ostatnie wakacje spędzam na Ukrainie. Dworzec w stolicy Autonomicznej Republiki Krymskiej tętni życiem. Tłum ludzi kłębi się przed kasami biletowymi. Hałaśliwi naganiacze oferują transport lub tani nocleg. Oglądając przypominający minaret budynek dworca, mam poważne wątpliwości, czy ciągle jestem w Europie. Na ulicach i skwerach Symferopola panuje zgiełk charakterystyczny dla miast Azji.

Jałta, Ukraina, wrzesień 2008 r.

Trochę dziwne uczucie znaleźć się w miejscu, gdzie Churchill i Roosevelt oddali Polskę Stalinowi. Uczucie dyskomfortu mija po dotarciu na reprezentacyjny bulwar położony w centrum Jałty. Widok pomnika Lenina sąsiadującego z pobliską restauracją McDonald’s działa na mnie rozbrajająco. Wódz rewolucji zdaje się tęsknym okiem spoglądać na symbol kapitalizmu i globalizacji. Do pionu przywraca mnie dopiero wizyta w Liwadii. Uroczy pałacyk gościł przed laty uczestników słynnej konferencji. Tutaj Polska na 50 lat przestała być częścią Europy. Na twarzach przechadzającej się obok polskiej wycieczki nie widzę jednak złości ani smutku. Być może słyszeli kiedyś słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego: „Polacy? Chodzi tylko o to, żeby gdzieś w końcu mogli żyć. Z tą Polską zawsze są kłopoty…”

W moich snach wciąż Warszawa

Metro Centrum, Warszawa, październik 2008 r.

Po powrocie z krymskich bezdroży czeka mnie kolejna przeprowadzka. Tym razem trafiam do Warszawy. Pracuję w belgijskiej korporacji. Moje poszukiwania chwilowo dobiegają końca. Gdy czekam na metro w Warszawie, przypominają mi się słowa Dicka, poznanego w Stanach Australijczyka z Sydney: „Jack, w moim kraju Aborygeni wierzą, że dom człowieka jest tam, gdzie nie zadaje sobie pytań”.

Czyżby Warszawa stanowiła odpowiedź na moje pytanie? Stojąc w zatłoczonym wagonie, zdaję sobie sprawę, że historia zatoczyła koło. Urodziłem się w Warszawie jeszcze za czasów PRL, by ponad ćwierć wieku później wrócić do najbardziej europejskiego z polskich miast. Wychodząc z metra, odczuwam ulgę. Ludzie potrącają mnie w podziemnych korytarzach prowadzących do Dworca Centralnego. Grubawy blondyn prawie taranuje mnie olbrzymią walizką na kółkach. Obrzuca mnie złowrogim spojrzeniem i bez słowa odchodzi. Znowu jestem w Europie.

Praga, Warszawa, listopad 2008 r.

Jest poniedziałek, kilka minut po 22. Warszawa w pełnej krasie. Światła wielkiego miasta przyciągają wzrok. Opustoszałe po zmroku ulice z rzadka przecinają nieliczne samochody i autobusy. Przez pomyłkę wsiadam w tramwaj zjeżdżający do zajezdni. Wysiadam na Wiatracznej, w samym sercu Pragi. Trudno o bardziej ekstremalne przeżycie. W drodze powrotnej jestem jedną z nielicznych osób niepijących alkoholu w tramwaju. Większość wsiadających pasażerów demonstracyjnie wymachuje trzymanymi w rękach puszkami piwa. Najbardziej europejskie miasto w Polsce pokazuje mi swoje wstydliwie skrywane oblicze.

Przepraszam, czy to już Europa?

Ta opowieść nie ma początku ani końca. Nie wiem, czy znajdę w końcu miejsce, gdzie nie będę zadawał sobie pytań. Po przejechaniu setek tysięcy kilometrów wiem jednak, że Polacy są już od dawna w Europie. Ciałem i duszą. Pracują na brytyjskich budowach, w irlandzkich pubach i holenderskich szklarniach. Podróżują przez kontynent autokarami i tanimi liniami lotniczymi. Spójrzmy też na własne podwórko. Olbrzymie wieże ze szkła i stali dominują w centrach największych polskich miast. Kryją się nich setki Polaków pracujących dla międzynarodowych koncernów. Na skrzyżowaniach przejeżdżają obok siebie zachodnie samochody. Hipermarkety europejskich potentatów oplatają Polskę niczym pajęcza sieć. Gdzieś w tym wszystkim kryje się niewidoczna, pozostająca w cieniu istota o nieokreślonej tożsamości, zagubiona w chaosie niekończących się przemian. Być może najwyższy czas przestać gonić Europę. Europa jest w nas samych…

 

Tekst został opublikowany na nieistniejącym już portalu „Singiel w podróży” w 2007 roku.

Logo Jacek Lipski

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. Książka „Polak w świecie finansów” z dedykacją prof. Dominiki Maison. Zainteresowana? Zainteresowany?

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.