Dublin – miasto poetów

Cead mile failte! Witajcie na Zielonej Wyspie. Przed nami wizyta w Dublinie – mieście pubów i poetów. Jeżeli dopisze nam szczęście, możemy wrócić bogaci. Irlandzka legenda głosi, że ten, kto złapie leprikona, zdobędzie garniec ze złotem. Ruszajmy na poszukiwania irlandzkiego skrzata!

Schwytany leprikon wskaże nam drogę do złota znajdującego się na końcu tęczy. W wolnych chwilach ten sympatyczny stworek zajmuje się szyciem butów dla elfów. Ubrany w zielony kubraczek leprikon jest typowym Irlandczykiem. Uwielbia piwo. To tylko legenda, ale już tu można dostrzec pewne podobieństwa między Polakami a mieszkańcami Zielonej Wyspy. Łączy nas wiele. Długoletnia walka o niepodległość, tradycje emigracji do USA oraz wspomniane już zamiłowanie do spożycia wyskokowych trunków. Kto wie, czy Irlandczycy nie przewyższają nas w tym ostatnim. Gdy w 1994 roku rząd wprowadzał zakaz prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu, właściciele pubów nazwali to zamachem na irlandzką tradycję kulturową. Miejscowe przysłowie mówi, że abstynencja jest dobrą rzeczą pod warunkiem, że uprawia się ją z umiarem. Jak mówił Samuel Beckett: „najpierw tańcz, później myśl, taki jest naturalny porządek”. Czy nie brzmi to znajomo?

Welcome to Eire

Pomysł wyprawy na Zieloną Wyspę zrodził się w mojej głowie kilka lat temu w USA. Pracowałem wtedy w restauracji na Florydzie. Managerem lokalu była Irlandka, rodem z Kildare. Ona pierwsza opowiedziała mi o klifowych wybrzeżach Zielonej Wyspy. Od tamtej chwili nie mogłem przestać myśleć o Irlandii. Marzenie zrealizowałem kilka lat później. W Irlandii spędziłem pół roku. Mieszkałem w Dublinie i na głębokiej prowincji. Irlandia zawładnęła moją duszą. Trudno znaleźć w Europie miejsce dorównujące jej urodą. To wyspa stromych klifów i cichych zatok, torfowisk i moczarów. To kraj o niezwykle oryginalnej kulturze. Miejsce styku trzech potężnych cywilizacji. Irlandia to także kraj niezwykłych ludzi. Kilkumilionowy naród dochował się aż czterech laureatów nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Na Zielonej Wyspie istnieje miejsce ogniskujące w sobie najlepsze cechy Irlandii. Serce kraju. Miasto poetów. Cel naszej wyprawy.

Nazwa stolicy Irlandii wywodzi się od archaicznej Dubh Linn, czyli Czarny Staw. Współczesna nazwa Baile Atha Cliath oznacza Miasto Brodu z Trzcinowymi Płotami. Wszystkie określenia wywodzą się z gaelic, zwanego językiem królów. Celtycki to jeden z dwóch irlandzkich języków urzędowych. Bez obaw. Na co dzień posługują się nim tylko 3 procenty ludności. Znajomość angielskiego w zupełności wystarczy.

Wyprawa do Dublina nie wymaga wielkich przygotowań. Wystarczy kilka dni wolnego. Lot z Warszawy trwa zaledwie 3 godziny, ale obecnie można do Dublina polecieć z wszystkich większych miast. Z Wysp Brytyjskich łatwo dotrzeć promem. Kiedy będziemy na miejscu, przygotujmy się na lekki szok. Dublin na pierwszy rzut oka nie robi piorunującego wrażenia. Zwykłe miasto, jakich wiele na świecie. W ogóle nie przypomina stolicy. Razi swoim prowincjonalizmem. Kiedy pierwszy raz wyszedłem z Busaras, przeżyłem niemiłe rozczarowanie. Irlandia moich marzeń jawiła mi się jako zielone, pełne życia miejsca, zamieszkiwane przez niezwykłych ludzi. To, co ujrzałem, nijak miało się do moich wyobrażeń. Szare, brudne ulice. Ludzie mówiący we wszystkich językach świata, poza angielskim. Nieciekawa zabudowa. Na szczęście miałem dużo czasu na zmianę zdania.

Za pierwszym razem przyjechałem do Dublina zaraz po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Szukając pracy, nie mogłem sobie pozwolić na korzystanie z drogiej komunikacji miejskiej. Zmuszony do przemierzania krętych uliczek na piechotę, poznałem centrum Dublina na wylot. Po pewnym czasie polubiłem to miasto. Nie było łatwo. Każde miasto ma sekrety. Ujawnia je tylko wybranym. Dublin jest zazdrosny o swoje tajemnice. Nie zdradza ich przygodnym turystom. Poznanie prawdziwej duszy miasta wymaga czasu. Jak zwykł mawiać Joyce: „…we wszystkim trzeba umieć uchwycić właściwy moment”.

Właściwy moment na odkrycie prawdziwej twarzy Dublina przychodzi z czasem, wraz z odwiedzaniem kolejnych pubów. Po dziesiątkach rozmów z mieszkańcami. Po kilkunastu wypitych kuflach Guinnessa. Zrozumiesz Dublin, kiedy pewnego dnia wyjdziesz na ulicę i przestaniesz zwracać uwagę na wiecznie padający deszcz; kiedy podczas rozmów w pubie przestanie Ci przeszkadzać specyficzna irlandzka odmiana angielskiego; i w końcu, gdy nie będziesz w stanie wyobrazić sobie piątkowego wieczoru bez Temple Bar. Zrozumiesz Dublin, kiedy umawianie się z przyjaciółmi pod The Spire zaczniesz uważać za rzecz najbardziej oczywistą pod słońcem i kiedy zaczniesz pasjonować się gaelic football zamiast piłką nożną. To znak od miasta. Jesteś gotowy. Dublin postanowił odsłonić przez Tobą swoją duszę.

Śladami Leopolda Blooma

Czas rozpocząć naszą dublińską przygodę. Chyłkiem przemykamy się po ulicach, którymi niegdyś poruszał się Leopold Bloom – bohater „Ulissesa”. Ukradkiem zerkamy na posąg O’Connella. Nieśmiało zadzieramy głowę, by podziwiać The Spire. Miastu należy się szacunek. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z transformacji, jaką przeszedł Dublin w ostatnich 20 latach. Jeszcze w latach 80. był biedny i zaniedbany jak cała Irlandia. Dopiero lata 90. i słynny Celtic Peak przyniosły odmianę. Dublin podniósł się z kolan po 800 latach recesji. Stał się kosmopolitycznym miastem, zbudowanym ze stali, szkła i chromu. Nie zatracił przy tym swojej starej twarzy. W Dublinie wciąż można znaleźć georgiańskie i wiktoriańskie domy, zabytkowe kościoły i zaniedbane knajpy w starym stylu. Ducha Joyce’a wyczuwa się na każdym kroku. Genialny pisarz jest ciągle obecny w życiu miasta. Trzyma nad nim pieczę.

Zastrzegam od razu, że Dublin nie jest piękny. Daleko mu do Paryża, Wenecji czy Barcelony. Dublin to miasto szczególne. Nie każdy potrafi je zaakceptować. To miasto ma swój klimat, tworzony przez charakterystyczną zabudowę i pamięć o tragicznej przeszłości. To miasto przesiąknięte na wskroś historią. Niezliczone pomniki, sławiące bojowników o wolność, pamiątkowe tablice i monumenty znajdziesz tu na każdym kroku. Przechadzając się po O’Connell Street, ma się czasem wrażenie, że Charles Stewart Parnell, Michael Collins i James Connolly spoglądają gdzieś z góry na miasto, nie pozwalając jego mieszkańcom zapomnieć o latach minionej chwały. Na tym polega wyjątkowość Baile Atha Cliath. Miasto w przedziwny sposób łączy przeszłość i przyszłość. Sprawia, że zlewają się w nierozerwalną całość.

Nazywanie Dublina miejscem wyjątkowym brzmi jak zwykły banał. Dublin nie jest niezwykły, magiczny ani cudowny. Jest po prostu jedyny w swoim rodzaju. Nie ma drugiego takiego miasta. To jedyne skupisko ludzkie, o którym mogę powiedzieć, że ma duszę. To bardzo specyficzne miasto. Mocno zapada w pamięć. Nie pozwala o sobie zapomnieć, ale nie zawsze bywa miłym wspomnieniem. Dublin ma duszę artysty. Bywa mroczny i posępny, ale też radosny i beztroski. Zupełnie jakby miasto cierpiało na rozdwojenie jaźni. Dublin bywa zmienny niczym kobieta. Ponury i zachmurzony rano, uśmiechnięty i pogodny wieczorem. Przyczyną tego stanu rzeczy jest wielokulturowość miasta. W liczącym ponad 1,5 mln mieszkańców Dublinie żyją ludzie z różnych zakątków świata. Od roku 2004 miasto przeżywa inwazję Polaków. Dublin stał się domem dla tysięcy naszych rodaków. Język polski słychać wszędzie. Na ulicach, w pubach i sklepach. W autobusach i w darcie. Jeżeli Londyn jest nazywany 17. województwem, to Dublinowi przysługuje miano 18.

Podróż w nieznane

Zwróćmy uwagę na zabudowę miasta. Mieszają się tu wpływy cywilizacji celtyckiej, normańskiej i brytyjskiej. Spacerując po Dublinie, zwracajmy uwagę na architekturę. Wycieczkę rozpoczynamy od Trinity College. Obok wejścia do najsłynniejszej irlandzkiej uczelni możemy podziwiać pomniki Edmunda Burke’a i Olivera Goldsmitha. Na Suffolk Street natrafiamy na rzeźbę z brązu nazywaną przez Dublińczyków „the tart with the cart”, czyli dziwka z wózkiem. Idąc dalej, warto zajść do popularnej herbaciarni Bewley’s Oriental Cafe. Odwiedzić Irlandię i nie spróbować herbaty to prawdziwe świętokradztwo. Podobnie jak w Anglii, five o’clock wyznacza tutaj rytm dnia. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Dochodzimy do St. Stephen’s Green. Niegdyś odbywały się tu publiczne egzekucje. Niedaleko znajduje się śliczny University Church. Po drodze możemy wpaść na zakupy w ogromnym centrum handlowym Powerscout.

Zwiedzanie Dublina kontynuujemy na Merion Square. Tutaj rozpoczyna się georgiańska część miasta. Mijamy dom Oscara Wilde’a i przechodzimy na drugą stronę ulicy. Autor „Portretu Doriana Graya” ma tam swój zabawny pomnik. Zmierzamy do National Museum, jednej z największych atrakcji miasta, gdzie mieszczą się arcydzieła sztuki irlandzkiej. Naprzeciwko Muzeum Narodowego mieszkał sam Bram Stoker, autor „Drakuli”. Przed nami mała podróż w czasie. Z okresu gregoriańskiego przeskakujemy w średniowiecze. Niedaleko Trinity College znajduje się zamek dubliński. Tutaj w 1922 roku powołano pierwszy rząd niepodległego państwa irlandzkiego. Scenę uwieczniono w filmie „Michael Collins” z Liamem Neesonem i Julią Roberts w rolach głównych. Na chwilę wracamy do Dame Street, by zerknąć na XVIII-wieczny City Hall. Na jego mozaikowej posadzce wyryto herb i motto Dublina – „szczęśliwe miasto, którego obywatele są posłuszni”. Następnie idziemy do Christ Church. To jeden z najbardziej niesamowitych kościołów, jakie widziałem w życiu. Warto zwiedzić jego kryptę – najstarszą budowlę w całym mieście.

Na zakończenie wędrówki po średniowiecznym Dublinie mamy do wyboru Old Jameson Distillery przy Bow Street lub Guinness Storehouse przy Thomas Street. W destylarni możemy skosztować uisce beatha, czyli wodę życia, w Polsce zwaną whisky. W browarze Guinnessa czeka ikona Irlandii, najsłynniejsze piwo na świecie. Wybór jest arcytrudny. Obydwie propozycje kuszą. Polecam opcję numer dwa. Na szczycie browaru znajduje się Gravity Bar, z którego okien można podziwiać panoramę miasta, sącząc pintę wylewającego się z kufla Guinnessa. Koniecznie wypijmy zdrowie założyciela browaru. Artur Guinness powinien być wzorem dla każdego biznesmena na świecie. W roku 1759 podpisał umowę dzierżawy ziemi, gdzie znajdował się browar, na 9 tysięcy lat za 45 funtów rocznie. Trudno o lepszy interes.

Czas trochę odsapnąć. Wsiadamy w autobus do Glasnevin. Naszym celem jest National Botanic Gardens. Tutaj odpoczniemy od zgiełku miasta. Obejrzymy szklarnie i oranżerie z roślinami z całego świata. Zrelaksujemy się wśród ogrodów różanych i stawów z nenufarami. Zbieramy siły na nocny rajd po Temple Bar, centrum nocnego życia i dublińskiej kultury. Położona nad południowym brzegiem Liffey dzielnica mieści liczne galerie, studia filmowe, a także puby, kluby nocne i restauracje. Nadchodzi czas prawdziwego szaleństwa. W tradycyjnych irlandzkich pubach Stag’s Head i Mulligans posłuchamy muzyki folkowej. Do tańca porwą nas dźwięki bandoneonu, ulillean pipes i fiddles. Przy okazji podpatrzymy kroki tradycyjnego tańca irlandzkiego – rincí gaelacha. Mamy wspaniałą okazję spróbować specjałów miejscowej kuchni, w rodzaju coddle lub irish stew. Nieodłącznym towarzyszem wieczoru będzie oczywiście Guinness – black stuff, jak mawiają Irlandczycy. Po kilku pintach warto sprawdzić swoją znajomość angielskiego i poczucie humoru. Irlandczycy uwielbiają żartować. Dogryzanie sobie jest tutejszym sportem narodowym. Nieważne, kto wyjdzie zwycięsko z potyczki na słowa. Najważniejsze to podjąć rękawicę!

It’s time to say goodbye

Zwiedzanie Dublina zakończone. Czy udało nam się odkryć prawdziwe oblicze miasta? Nawet jeżeli odczuwamy niedosyt, nie warto się tym przejmować. Odpowiedzi na to pytanie nie znają nawet długoletni mieszkańcy miasta. Dublin ma wiele twarzy. Każdemu pokazuje inną. Czasem bywa mroczny i posępny jak powieści Brama Stokera. Innym razem jest przewrotny i prowokujący niczym Oscar Wilde. Bywają dni, kiedy staje się melancholijny jak poezja Yeatsa. Czasem zaś przypomina ironicznego i kpiącego Shawa. Opuszczając Dublin, każdy nosi w sercu inny obraz miasta. Jedyny człowiek, który poznał sekret Dublina, umarł dawno temu. James Joyce, pisząc „Ullisessa”, utrwalił jak na kliszy fotograficznej duszę miasta. Niestety język, w jakim napisał swoje wiekopomne dzieło, jest niezrozumiały dla przeciętnego czytelnika. „Ullisses” to jedyna książka na świecie, której przeczytaniem chwaliło się tak wielu, nikt natomiast nie chwalił się, że ją zrozumiał. Taki sam jest Dublin. Wielu go widziało, nikomu poza Joyce’em nie udało się zrozumieć. Dublin warto jednak zobaczyć. Musimy zaryzykować. Jak mawiał George Bernard Shaw – „czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw”?

 

Tekst został opublikowany na nieistniejącym już portalu „Singiel w podróży” w 2007 roku.

Logo Jacek Lipski

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. Wakacje z Papą Hemingwayem

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.