Sudak Krym

Krymska odyseja. Zapiski z podróży.

Wyjazd na Krym planowaliśmy w 2007 r. od kilku miesięcy. Początkowo mieliśmy jechać większą grupą. Z czasem ekipa się wykruszyła. Na kilka dni przed wyjazdem zdecydowani jesteśmy tylko ja z Grześkiem, moim kolegą ze studiów. W ostatniej chwili dołącza do nas Beata. Jedziemy w trójkę. Przygotowania do wyjazdu ograniczamy do kupna biletów i wymiany waluty. Wyprawa ma charakter przygodowy. Nie kupujemy biletów powrotnych, nie mamy rezerwacji ani planu podróży. Zero telewizji i internetu. Odpoczynek od gazet i informacji. Tylko my i piękna, zielona Ukraina…

Dzień 1 – Lublin, 17. sierpnia

Noc jeszcze młoda. Czekamy na pociąg do Kijowa. Dworzec kolejowy w Lublinie sprawia wrażenie opuszczonego. Na peronie spotykamy znajomych. Jadą w Bieszczady. Pociąg przyjeżdża spóźniony, wsiadamy do naszego wagonu. Na początku mała konsternacja. W ukraińskich pociągach konduktorki zabierają bilety. Oddają je dopiero pod koniec podróży. Lokujemy się w naszym przedziale. Jest strasznie gorąco. Okna w przedziałach są zamknięte na stałe. Szybko wypity alkohol pozwala zasnąć. Budzą nas dopiero celnicy. Półprzytomni wypełniamy deklaracje wjazdowe. W międzyczasie pociąg jest przestawiany na szersze, rosyjskie tory. Po 3 godzinach ruszamy dalej.
Całą niedzielę spędzamy w pociągu. Temperatura w przedziale rośnie z minuty na minutę. Przetrwać pozwala zimne piwo, sprzedawane przez konduktorki. Około 15:00 dojeżdżamy do Kijowa. Czeka nas 5 – godzinny postój. Nie mamy odwagi zostawić bagaży w przedziale i ruszyć do miasta. Z okien pociągu spoglądam na szare budowle z wielkiej płyty. Mam wrażenie, że cofnąłem się w czasie i wylądowałem w Polsce u schyłku lat ’80. Dostrzegam odrapane, zniszczone budynki, które lata świetności mają dawno za sobą. O 20:00 ruszamy do Symferopola. Na korytarzu przysłuchuje się rozmowie dwóch Polaków z Warszawy. Zastanawiają się czy Ukraina to jeszcze Europa czy już Azja? Przeważa druga opinia.

Dzień 2 – Symferopol , Bakczysaraj, 18. sierpnia

Kolejna nieprzespana noc. W pociągu brakuje klimatyzacji. Prawie nie można oddychać. Kiepski nastrój mija z samego rana. Widok zza okna rekompensuje wszelkie niedogodności. Piękna, dzika, majestatyczna Ukraina. Błękitne morze. W skupieniu oglądamy mijane okolice. Po 36 – godzinnej podróży, docieramy wkońcu do Symferopola. Wrota Krymu stoją przed nami otworem. Na symferopolskim dworcu Europa spotyka się z Azją. To miejsce ma w sobie coś ożywczego. Ludzie przepływający we wszystkich kierunkach. Niesamowity tłok. Turyści stojący w długich kolejkach do kas biletowych. Wokół nas orientalna architektura oraz zgiełk charakterystyczny dla miast Azji.

Od razu dopadają nas prywatni przewoźnicy. Oferują kursy do każdego zakątka Krymu. Ciężko się od nich odpędzić. Idziemy do kantoru wymienić pieniądze. Chwilę później, razem ze spotkanymi w pociągu Polakami z Warszawy, usiłujemy kupić bilety powrotne. Mamy pecha. Kasjerka oferuje nam bilety w klasie LUX za horrendalną kwotę 700 hrywien. Na szczęście jest z nami Grzesiek. To jego czwarte wakacje na Krymie. Idąc za jego radą, wrócimy tu za kilka dni. Na Ukrainie nic nie jest pewne…

Łapiemy elektriczkę do Bakczysaraju. Po godzinie jazdy wysiadamy na małym, prowincjonalnym dworcu. Bakczysaraj wita nas chłodnym wieczorem. Naganiacze łapią nas parę kroków dalej. Grześka poznaje kobieta, u której mieszkał 2 lata temu. Wykończeni podróżą, nie mamy siły się targować. Marzymy o prysznicu i wygodnym łóżku. Trzydzieści hrywien za dobę to niezbyt wygórowana cena. Jeszcze tylko szybki kurs taxi na ulicę Suworowa i jesteśmy na miejscu. Mieszkamy w wiejskim domu z ogrodem. Kolację jemy pod rozgwieżdżonym ukraińskim niebem. Niewiarygodną ciszę przerywają tylko koncertujące cykady. Pełny relaks. Zmęczeni podróżą zasypiamy przed 22.

Dzień 3 – Bakczysaraj, 19. sierpnia

Poranna pobudka. Skwar nie pozwala dłużej pospać. Lodowata woda pod prymitywnym prysznicem przywraca do życia. Idziemy szukać otwartego sklepu. Miasteczko powoli budzi się do życia. Pastelowe budynki w promieniach wstającego słońca, wyglądają jak domki dla lalek. Mijamy cerkiew, przypominającą wyglądem meczet.

Po śniadaniu, ruszamy na zwiedzanie pałacu chanów krymskich. Dojazd marszutką zajmuje nie więcej niż 15 minut. Ukraińska marszutka to wypchany do granic możliwości bus, zapewniający komunikację na podmiejskich trasach. Zwiedzamy dawny harem oraz Wielki Meczet Chan-Dżami. Obrazy jak z „Baśni z 1000 i Jednej Nocy”. Orientalna architektura, wkomponowana w otaczające góry, arabskie napisy, dużo zieleni i kwiatów. Przyglądamy się bogato zdobionym fontannom, oglądamy wyścielone dywanami pomieszczenia, niegdyś zamieszkiwane przez konkubiny chana. W pałacu znajdujemy popiersie Mickiewicza. Idziemy jego śladem. Jak mantrę powtarzamy słowa wieszcza – chcę odurzyć się, upić tym wirem obrazów…

Oszołomieni różnorodnością barw i kolorów pałacu chanów, ruszamy zwiedzać skalne miasto. Łapiemy marszutkę na pobliskie Chufut-Kale. Przed nami kilka godzin łażenia po stromych, górskich ścieżkach. Podziwiamy przepiękne widoki. Przypatrujemy się wapniowym wzgórzom, przecinanym lasami i prawie niewidocznymi ścieżkami. Po 15 minutach wspinaczki, docieramy do Monastyru Uspieńskiego. Pieczołowicie wykuty w skale klasztor, zachwyci każdego. Trudno uwierzyć, że jest dziełem człowieka. Sprawia wrażenie zbudowanego rękami olbrzymów. Chylimy czoła przed kunsztem starożytnych mistrzów. Monastyr jest dostojny, wręcz majestatyczny. Wejście zdobi malowidło, przedstawiające św. Jerzego, walczącego ze smokiem. Nad naszymi głowami ikony, namalowane na nagiej skale. W środku rzeźby i relikwie. Piękne malowidła ścienne. Wyczuwa się aurę tajemniczości i mistycyzmu. Obrazek dopełniają duchowni z długimi brodami, przemykający chyłkiem obok tłumu zwiedzających.

Idziemy dalej. Podziwiamy krajobraz niezmieniony ręką człowieka. Górskie szczyty po prawej stronie ścieżki, przywodzą na myśl kamienne posągi z Wysp Wielkanocnych. Dochodzimy do skalnego miasta. Zwiedzamy resztki prastarych zabudowań wykutych w skałach. Odpoczywamy w przepastnej grocie, zamieszkiwanej tylko przez ptaki. Spoglądamy z góry na porośniętą gęstym lasem kotlinę, gdzieniegdzie przecinaną wstążkami dróg. Grzesiek z Beatą decydują się na zwiedzenie 120 – metrowej pieczary ze stalaktytami. Ja znajduję lepszy sposób na zainwestowanie 20 hrywien. Kupuję tatarską czapkę dla mojej chrześnicy. Spotykamy się w restauracji na dole. Nie możemy rozeznać się w menu. Dla wychowanego na językach zachodniej Europy pokolenia, cyrylica przypomina chiński alfabet. Kelnerka bezradnie rozkłada ręce. Zamawiamy na chybił trafił.

Dzień 4 – Sewastopol, 20. sierpnia

Pobudka o 7 rano. Lodowata woda pod prysznicem przestaje sprawiać trudności. Tym razem ruszamy na wycieczkę do głównego portu Floty Czarnomorskiej. Na początek musimy jednak wrócić do Symferopolu. Na dworcu spotykamy Jarosława. 40-letni Ukrainiec wypytuje nas o życie w Polsce. Opowiada o sobie. Skończył fizykę, utrzymuje się z handlu obnośnego w pociągach. Sytuacja typowa dla Ukrainy. Smutne ale prawdziwe. Jarosław zaprasza nas do Ałuszty. W Symferopolu zamierzamy kupić bilety powrotne do Polski. Dwa dni temu jedyną dostępną opcją była klasa LUX za 700 hrywien. Dzisiaj okazuje się, że możemy jechać za 176 hrywien. Część trasy będziemy musieli spędzić w drugiej klasie, ale w zamian za to zwiedzimy Odessę. Cały urok Ukrainy.

Wsiadamy do elektriczki. Przeżywamy nerwowe chwile kiedy okazuje się, że na dworcu zostawiliśmy aparat cyfrowy. Do odjazdu 5 minut. Pobijam rekord świata w biegu na 200 metrów. Szczęśliwym trafem znajduję cyfrówkę. Podróże elektriczką na Ukrainie są absolutnie wyjątkowe. Nie doświadczysz tego w żadnym innym kraju na świecie. Handlarze sprzedają pamiątki, gazety i alkohol. Na jednej ze stacji wsiada zespół, umilający podróż ukraińską muzyką ludową. W pociągu przysiada się do nas Wiktor. Przez kilka lat pracował w Warszawie przy budowie hotelu Intercontinental. Teraz jest marynarzem na statku handlowym. Razem z rodziną jedzie do Sewastopola. Długo rozmawiamy. Pod koniec podróży funduje nam lody.

Wysiadamy w Sewastopolu. Łapiemy autobus na prospekt Nachimowa. Reprezentacyjny bulwar miasta wypełniają turyści z Rosji. Wygłodniali pod długiej podróży, szukamy miejsca na obiad. Siadamy w restauracji obok delfinarium. Po długich negocjacjach z wykorzystaniem języka migowego, udaje nam się zamówić ryby. Porcja jak zwykle mikroskopijna, cena nie należy do najniższych. Na dodatek okazuje się, że w restauracji nie ma toalety. W Polsce niespotykana sytuacja, na Ukrainie trzeba się do tego przyzwyczaić. Pech nas nie opuszcza. W delfinarium brakuje biletów na pokaz, mamy też zbyt mało czasu na wycieczkę do greckiego Chersones. Pozostaje nam przez kilka godzin pokręcić się po prospekcie Nachimowa. Na chwilkę wpadamy do Akwarium, obejrzeć egzotyczne ryby. Ostatnie chwile w Sewastopolu spędzamy w położonej tuż za pomnikiem Nachimowa knajpce. Rozkoszujemy się widokiem słońca zachodzącego nad zatoką. Czas się zbierać. Wracamy do Bakczysaraju. W elektriczce organizujemy małą imprezkę. Jemy zaległą kolację i pijemy alkohol z miejscowymi. Żaden z konduktorów nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Jak mówi jedna z poznanych Ukrainek – to Ukraina a nie Polska, tu można wszystko!

Dzień 5 – Jałta, 21. sierpnia

Scenariusz się powtarza. Znowu jedziemy do Symferopola. Tam łapiemy autobus do Jałty. Wysiadamy na dworcu głównym. Zaczepia nas Wania. Oferuje kwaterę 3 minuty drogi od morza. Obiecuje prysznic z ciepłą wodą i telewizor. Wania życzy sobie 400 hrywien za dobę. Drogo, ale w Jałcie to standard. Nie bardzo wierzymy w jego opowieści, ale nie mamy czasu się targować. Jedziemy trolejbusem. Stary wrak sprawia wrażenie, jakby za chwilę miał się rozlecieć. W środku archaiczne kasowniki, rdza i nieodzowna konduktorka. Po 15 minutach docieramy na miejsce. Krętymi uliczkami podążamy za Wanią. Mieszkanie na ulicy Tołstoja okazuje się być wspaniałym lokum. Prawdziwy ukraiński Marriot, stwierdza Grzesiek. Z balkoniku rozciąga się ładny widok na zatokę.

Idziemy powłóczyć się po Jałcie. Nadmorski prospekt zaskakuje niecodziennym widokiem. W centralnym miejscu stoi pomnik Lenina. Naprzeciwko zbudowano restaurację McDonalds. Wódz rewolucji spogląda na symbol kapitalizmu i globalizacji. Trudno odczytać jego posępną minę. Nie jestem pewien, czy nieodgadnione spojrzenie Lenina na McDonalds wyraża potępienie czy żal, wynikający z niemożności zamówienia Big Maca. Ciekawe czy wódz rewolucji przewraca się w grobie, musząc znosić bliskość znaku rozpoznawczego ustroju, z którym walczył przez całe życie ?

Długo spacerujemy po rozległym bulwarze. Można znaleźć tu niemal wszystko. Restauracje na pokładach statków, beach cluby, ekskluzywne sklepy i niezliczone budki z napojami, przekąskami i pamiątkami. Deptak tętni życiem od rana do późnych godzin nocnych. Pobrzmiewa głośną muzyką i śmiechem rozbawionych turystów. Na zakończenie wieczoru nie możemy odmówić sobie przyjemności wypicia piwa pod pomnikiem Lenina. W czasach ZSRR za podobny wyczyn wylądowalibyśmy w obozie pracy…

Dzień 6 – Jałta, 22. sierpnia

Wstajemy wcześnie rano. Plan dnia mamy bardzo napięty. Chcemy odwiedzić Liwadię, Jaskółcze Gniazdo i Aj-Petrię. Marszutką jedziemy do Liwadi. Wypełniony do granic możliwości bus, z niewiarygodną prędkością przemierza wąskie, górskie drogi. Na zakrętach słychać pisk starych hamulców i przekleństwa zagranicznych turystów. Niepewnym krokiem wysiadamy w Liwadii. Naszym celem jest Włoski Pałac, miejsce osławionej konferencji jałtańskiej. Tutaj przy masywnych, dębowych stołach, decydowano o losach świata. Robimy sobie zdjęcia przy krzesłach, zajmowanych niegdyś przez Churchilla, Roosvelta i Stalina.

Z Liwadii łapiemy marszutkę do pobliskiego Jaskółczego Gniazda. Położony na wysokiej skale zameczek z początku XX wieku, jest wspaniałym punktem widokowym. Z balkonu rozciąga się widok na nagie, górskie szczyty. Pod nami czyste morze, przecinają białym szlaczkiem statki i motorówki. Do Jałty wracamy okrętem wycieczkowym. Łapiemy trochę słońca a przy okazji podziwiamy panoramę wybrzeża. Jeszcze tylko szybki obiad i ruszamy zdobywać Aj-Petrię. Na miejscu czeka nas przykra niespodzianka. Przed wyciągiem olbrzymia kolejka. Rezygnujemy z czekania. Za 50 hrywien wynajmujemy kierowcę. Wyglądający na 25 lat Sasza, jedzie jak wariat. Stara łada przecina kręte, górskie dróżki, o centymetry mijając samochody nadjeżdżające z naprzeciwka. Prowadzący na bosaka kierowca, chce nam chyba udowodnić, że umiejętnościami dorównuje Kubicy. Liczącą 27 km. trasę pokonuje w godzinę. Szczyt Aj–Petri jest ogromny. Przechadzamy się po małym miasteczku. Wstępujemy na mini-bazar. Można tu kupić pamiątki, spróbować lokalnych przysmaków lub pojeździć na wielbłądzie. Zajadamy się tatarskim płowe, czyli ryżem z warzywami i kawałkami baraniny.

Ruszamy na wierzchołek góry. Po krótkiej wspinaczce kamienistym szlakiem, docieramy na miejsce. Warto było. Ze szczytu rozpościera się wspaniały widok na całe wybrzeże. Według słów poznanego na szczycie Rosjanina, istnieje legenda mówiąca, że otaczające Jałtę góry to w rzeczywistości zaklęty w kamień smok, pijący wodę z morza. Widok z Aj –Petri uświadomi każdemu, że największym skarbem Ukrainy jest przyroda. Zauroczeni widokami nie mamy ochoty wracać do domu. Początkowo chcemy zjechać na dół kolejką. Zmieniamy zdanie po obejrzeniu zatłoczonych wagoników. Jakoś nie mamy zaufania do ukraińskiej techniki. Taksówką wracamy do Jałty. Za 60 hrywien kierowca zgadza się podrzucić nas pod dworzec główny. Ostatni wieczór w Jałcie spędzamy na balkonie, spoglądając na pogrążoną w ciemności zatokę.

Dzień 7 – Sudak, 23. sierpnia

Pakujemy się i sprzątamy lokum. Przed 9:00 zjawia się Wania. Oddajemy mu klucze. Żal wyjeżdżać z Jałty, ale przed nami jeszcze tyle do zobaczenia. Ruszamy do Sudaku. Pamiętający lepsze czasy autobus, z trudem pnie się po przypominającej serpentynę drodze. Na twarzach siedzących obok Szwajcarek widzę lekkie zaniepokojenie. To chyba ich pierwsze dni na Krymie. Ja już się zdążyłem przyzwyczaić. Podziwiam widoki z okna autobusu. Górskie szczyty, pokryte kępkami zielonych drzew i krzewów. Pola w kolorze słońca. Doliny pokryte winnicami. Trudno uwierzyć, że jesteśmy ciągle w Europie. Brakuje śladów ludzkiej obecności. Czasem dostrzegam tylko linie wysokiego napięcia na wyglądających jak XIX – wieczne zabytki, drewnianych słupach. Błękitne niebo zasnuwają ciężkie obłoki chmur. Niezdobyte przez człowieka szczyty gór, okrywa cieniutka warstwa mgły. W autobusie jest strasznie gorąco. Prawdziwa żarka, jak mówią Ukraińcy.

Do Sudaku docieramy wieczorem. Mieszkamy tuż obok dworca głównego, u Walentiny i jej syna Jarosława. Nasza kwatera jest na ulicy Suworowa, podobnie jak w Bakczysaraju. Niezłe warunki. Prysznic, porośnięte winoroślą altanki dla gości, ogród. Tylko 35 hrywien za dobę. Wieczorem ruszamy na zwiedzanie miasta. Przedzieramy się przez tłumy, zadowolonych z życia turystów. Ciągnąca się przez kilka kilometrów promenada, wydaje się nie mieć końca. Dziesiątki barów i restauracji. Salony z automatami. Dziewczyny zaplatające turystom fantazyjne warkocze. Tutaj życie toczy się przez całą dobę. Na samym końcu deptaka siadamy w knajpie dla harleyowców, przyozdobionej dwoma motorami, umocowanymi na bramie wejściowej. Wybieramy część turecką. Bardzo fajny wynalazek. Warto opatentować go w Polsce. Wygodne kanapy, umieszczone na drewnianym podwyższeniu, pozwalają zrelaksować się po długiej podróży. Zapadamy się w miękkich poduszkach. Przed wejściem na podwyższenie należy zdjąć obuwie. Słuchamy muzyki na żywo. Ukraiński zespół gra znane, rokowe standardy. Wysokie ceny i słaba muzyka sprawia, że szybko zwijamy się do domu.

Dzień 8 – Sudak, 24. sierpnia

Pierwszego dnia w Sudaku zwiedzamy ruiny twierdzy, górującej nad miastem. Do dzisiejszych czasów zachowały się jedynie fragmenty murów i baszt dawnej rezydencji konsulów z Genui. Zwiedzając twierdzę, mam nieodparte wrażenie, że jej twórcy wzorowali się na słynnym Chińskim Murze. Z jednej z wież, rozciąga się ładny widok na zatokę Nowy Świat. Po zwiedzeniu Chińskiego Muru, na krótko wpadamy na plażę. Zaliczamy pierwszą kąpiel na Krymie. Słona woda mocno szczypie w oczy. Kamienista plaża nie zachęca do dłuższej wizyty. Wracając do domu, wstępujemy do miejscowej winiarni. Stoimy w długiej kolejce amatorów miejscowych trunków. Wino nalewa się tu do plastikowych butelek, prosto z beczek zamurowanych w ścianie. Nie udaje nam się kupić zachwalanego przez Grześka Caberne. W zamian dostajemy Maderę- mocne, wytrawne wino krymskie. Podczas wieczornej degustacji poznajemy Slavę- wykładowcę uniwersyteckiego z Charkowa. Slava przyjechał na wakacje z całą rodziną. Mówi trochę po polsku. Odbywał służbę wojskową w Legnicy, jeszcze za czasów ZSRR. Rozmawiamy po angielsku. To pierwsza okazja, by na Ukrainie pogadać w języku Szekspira. Później dołączają do nas Lena i Olga. Razem wychodzimy na miasta. Dziewczyny usiłują nauczyć nas tańca na specjalnych automatach, ale nie idzie nam najlepiej. Resztę wieczoru spędzamy na plaży.

Dzień 9 – Sudak, 25. sierpnia

Dzisiaj jedziemy do Nowego Świata. Ulubione miejsce Grześka określa się mianem nadmorskiego amfiteatru skalnego. Nowy Świat oferuje najpiękniejsze widoki na Krymie. Podziwiamy idealną kompozycję gór i morza. Kolorystyka Nowego Świata jest niepowtarzalna. Wspaniały kolaż, tworzony przez błękit morza, szarość ostrych skał i zieleń bujnej roślinności. Zwiedzanie Nowego Świata kończymy kąpielą na słynnej Carskiej Plaży.

Wieczorem dostajemy zaproszenie na małe przyjęcie. Świętujemy 25- tą rocznicę ślubu Slavy. Świetna zabawa. Poznajemy miejscowe zwyczaje biesiadne. Warto pamiętać, że na Ukrainie wódki się nie zapija. Zagryza się ją ogórkiem. Nalewając alkohol, nie powinno się podnosić kieliszka ze stołu. Cóż, co kraj to obyczaj. Kosztujemy krymskie figi. Na koniec Jarosław częstuje nas 5- letnim winem własnej roboty. Impreza dobiega końca, kiedy matka Jarosława przegania nas do domków. Podobno zachowujemy się zbyt głośno. Posłusznie udajemy się na spoczynek.

Dzień 10 – Sudak, 26. sierpnia

Po upojnej nocy nadchodzi ciężki poranek. Razem z Grześkiem odczuwamy wyraźne objawy syndromu dnia poprzedniego. Podróż do Koktebel upływa nam w minorowych nastrojach. Na dworcu spotykamy się ze Ślązakami, poznanymi przez Beatę dzień wcześniej. Razem płyniemy łódką do rezerwatu Kara-Dag. Wycieczka kosztuje aż 100 hrywien. Nieźle buja. Fale ochlapują siedzących na pokładzie. Obok słynnych Złotych Wrót, zażywamy morskiej kąpieli. Przepływając przez skalną bramę, wypowiadamy tradycyjne życzenie. Udaje nam się dostrzec i sfotografować delfiny, przepływające na wyciągnięcie ręki, tuż obok łodzi. Po morskich przygodach, czeka nas mozolna wspinaczka. Zwiedzanie Karadachu, zwanego też Czatyrdahem, zajmuje 6 godzin. Cała trasa liczy sobie aż 12km. Prowadzi nas przewodnik, ale nie mamy z niego zbyt wielkiego pożytku. Mówi tylko po rosyjsku. Kiedy udaje nam się dotrzeć na sam szczyt, przypomina mi się jeden z sonetów Mickiewicza. O Czatyrdahu, wielki ty gór Padyszachu. W świetle zachodzącego słońca, schodzimy do miasteczka. Jesteśmy wykończeni. Bierzemy taksówkę do Sudaku. Tym razem rezygnujemy z nocnych atrakcji.

Dzień 11 – Sudak, 27. sierpnia

Nasz ostatni dzień na Krymie. Wysyłamy kartki, kupujemy pamiątki i drobiazgi dla bliskich. Jedyny dzień podczas całej wyprawy, kiedy nic nie zwiedzamy. W planach mieliśmy wizytę w Słonecznej Dolinie. Chcieliśmy odwiedzić miejscową fabrykę szampana i spróbować słynnego Czarnego Pułkownika. Lenistwo bierze górę nad ciekawością. Po południu wpadamy na chwilę do winiarni. Degustacja wina przeciąga się do późnych godzin nocnych. Dołącza do nas Jarosław. Robi się bardzo wesoło. W telewizji oglądamy mecz Dynama Kijów ze Spartakiem Moskwa. Ukraińcy świętują awans do Ligi Mistrzów. Pod tym względem jesteśmy daleko w tyle. Polska drużyna od 1996 r. nie grała w najważniejszych rozgrywkach futbolowych Starego Kontynentu. Możemy tylko zazdrościć Ukraińcom.

Dzień 12 – Symferopol, Odessa, 28. sierpnia

Czas opuszczać Sudak. Wszystko co dobre szybko się kończy. Żegnamy się ze Slawą, Walentiną i Jarosławem. Dostajemy zaproszenie na następny rok. O 13:00 jesteśmy już w drodze do Symferopola. Na miejscu tradycyjny posiłek w McDonalds. Po raz pierwszy od wyjazdu, zbliżam się do komputera. Sprawdzam pocztę w pobliskiej kafejce internetowej. Po drodze mijam pomnik Lenina. Na dworcu poznajemy Maszę- 17 letnią Ukrainkę, uczennicę polskiej szkoły muzycznej. Tak jak my, jedzie do Odessy. O 19:25 ładujemy się do pociągu. Przed nami daleka droga. Żegnamy się z Krymem.

Dzień 13 – Odessa, 29. sierpnia

O 8 rano docieramy do najbardziej kosmopolitycznego miasta Ukrainy. Odessa zwana jest czasem przystankiem w drodze na Krym. Wysiadamy na dworcu głównym. Na zwiedzanie mamy czas aż do północy. Masza proponuje nam przechowanie bagażu w swoim mieszkaniu. Korzystamy z jej oferty. Długo kluczymy po starych uliczkach Odessy. Wchodzimy do bramy starej kamiennicy. Wspinamy się po rozsypujących się schodach. Masza zaprasza nas do środka. Dziwny układ wnętrza. Przedpokój spełnia równocześnie funkcje kuchni i łazienki. Na powitanie wychodzi nam rudy kot perski. Mieszkanie Maszy przypomina magazyn. Zawalone niepotrzebnymi rzeczami. Szafy uginają się pod ciężarem książek i papierów. W rogu stoi fortepian. Po krótkiej kosmetyce ruszamy w miasto. Masza jest zmęczona po podróży z Symferopola. Umawiamy się z nią wieczorem. Idziemy na Primorskij Bulwar. Przemierzamy ulice najbardziej rosyjskiego z ukraińskich miast. Na początek oczywiście Schody Potiomkinowskie. Tutaj Siergiej Eisenstein kręcił zdjęcia do „Pancernika Potiomkina”. Jerzy Stuhr zbiegał po nich w niezapomnianym „Deja vu”. Grzesiek kupuje sowiecką czapkę wojskową. Organizujemy zaimprowizowaną sesję fotograficzną.

Spacerujemy po Primorskim Bulwarze. Oglądamy zabytkowe fasady budynków. Podziwiamy klasyczne pałace. Sił i ochoty na zwiedzanie nie wystarcza nam na długo. Wychodzi zmęczenie podróżą. Idziemy na poszukiwanie plaży. Po dwóch godzinach, znajdujemy ją w okolicach Parku Tarasa Szewczenki. Za 10 hrywien wynajmujemy leżaki. Spędzamy na nich większość dnia. Odessa to pierwsze miejsce na Ukrainie, gdzie udaje nam się znaleźć piaszczystą plażę. Z żalem przychodzi nam ją opuszczać. Wracamy do Maszy. Ukrainka daje nam krótki recital fortepianowy. Odprowadza nas na dworzec. Pomaga nawet wnieść bagaże do pociągu. Rewanżujemy się drobnym upominkiem. Punktualnie, 10 minut przed północą pociąg rusza. Jedziemy do Lwowa. Przygód ciąg dalszy. Podróżujemy platzkartą. W Polsce całkowicie nieznany wynalazek. Nie ma zamykanych przedziałów, wagon podzielony jest na otwarte boksy. Na przestrzeni kilku metrów kwadratowych śpi aż 6 osób. Jest niewiarygodnie gorąco. Trzeba to przespać !

Dzień 14 – Lwów, Przemyśl, Lublin, 30. sierpnia

Do Lwowa docieramy o 11:00. Rezygnujemy ze zwiedzania miasta. Chcemy jak najszybciej dostać się do Polski. Nie mamy szczęścia. Znudzona kasjerka informuje nas, że autobus do Lublina odchodzi dopiero o 20:30. Bierzemy taksówkę. Kierowca wiezie nas do odległego o 92 km przejścia granicznego w Medyce. Niestety na granicy jest kilometrowa kolejka. Próbujemy znaleźć jakiś samochód. Pomaga nam Ukrainiec jadący do Pragi. Za 20 zł. od osoby, zgadza się zawieźć nas do Przemyśla. Celnicy na granicy mają chyba zły dzień. Drobiazgowo kontrolują każdy pojazd. Czekamy aż 6 godzin. Mamy okazję obejrzeć popisy mrówek, kursujących w obydwie strony. Pomysłowi ludzie wycięli sobie dziurę w płocie. Prawdziwy kabaret. Pech dalej nas nie opuszcza. Spóźniamy się kilka minut na najbliższy bus do Lublina. Musimy czekać do 22. W domu będziemy dopiero o 2 rano. Przemierzyliśmy już prawie 3000 km. Rozbijamy się w dworcowym barze. Nareszcie polskie jedzenie. Tylko dlaczego na dworze jest tak zimno…

 

Tekst został opublikowany na nieistniejącym już portalu „Singiel w podróży” w 2007 roku.

Źródło zdjęcia: Wikipedia Commons

Logo Jacek Lipski

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

No related posts.

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.