Justyna Domaszewicz, Le'Żak, 2

Wywiad z Justyną Domaszewicz, managerem kawiarni Le’Żak

Jak prowadzić social media marketing w małej kawiarni? W jaki sposób budować miejsce z klimatem w samym sercu miasteczka akademickiego? Czy dawna magia „Chatki Żaka” ciągle działa? Skąd wzięła się nazwa Le’Żak? O tym wszystkim przeczytacie w wywiadzie-rzece z Justyną Domaszewicz, managerem kawiarni Le’Żak. Materiał powstał w ramach cyklu „Marketing w małej firmie i startupie”.


Z Justyną znamy się jeszcze z czasów MediaLab Lublin Battle, o którym pisałem szeroko na blogu. Jest moim absolutnym wzorem, jeżeli chodzi o „ogarnianie społecznościówek”, więc nie mogłem sobie odmówić przyjemności przeprowadzenia z nią wywiadu. A że rozmówcą jest arcyciekawym, wyszedł z tego niemal wywiad-rzeka. Mam nadzieję, że długość Was nie przerazi, bo lektura jest naprawdę super. Jesteście gotowi, by poznać tajniki budowania relacji z klientami w social media (np. na Facebooku)? Zaczynajmy!


Jak trafiłaś do pracy w mediach społecznościowych? Dla mnie jesteś najbardziej znana z Mint Media, ale zawsze chciałem wiedzieć, co była wcześniej. Jak zaczęła się Twoja przygoda ze „społecznościowkami”?
Wiesz co? Trochę przypadek o tym, zadecydował. Przez długi czas ogarniałam media społecznościowe, nie wiedząc w ogóle, że jest taki zawód i można to robić profesjonalnie.

Cała przygoda zaczęła się na forum znajomych. Jak tylko Facebook wszedł do Polski od razu zaczęłam tam organizować nasze życie, dlatego okrzyknęli mnie szybko „Królową Facebooka”. A potem przytrafiła mi się mniej ciekawa historia, która także wpłynęła na moje przyszłe życie zawodowe. Jest związana z powstaniem fan page’a serialu improwizowanego „Spadkobiercy”, w którym występują moi przyjaciele. Bardzo lubię ten serial i jeździłam często na jego realizacje do Warszawy, gdzie robiłam zdjęcia. Tak na marginesie, to taka moja pasja na boku. Po każdej realizacji kabaretowej dzielę się tymi zdjęciami z kabareciarzami oraz innymi artystami, których fotografuję, a oni umieszczają je na swoich stronach. Zawsze te zdjęcia są podpisane, że ja je zrobiłam, bo nie robię tego komercyjnie. Natomiast jest to dla mnie takie wyróżnienie, że wszyscy wiedzą, że ja te zdjęcia robię.

W przypadku „Spadkobierców” zdarzyła się dość nietypowa historia. Na Facebooku działał fan page serialu, a ja byłam przekonana że jest prowadzony przez autorów serialu. Byłam w błędzie, o czym dowiedziałam się, gdy na stronie pojawiły się zdjęcia mojego autorstwa. Napisałam wówczas do admina z prośbą, by podpisał zdjęcia. W odpowiedzi usłyszałam „spier…, to zdjęcia naszego kolegi”. Trochę się podłamałam formą odpowiedzi. Zapytałam mojego kumpla, który dobrze ogarnia internety, co robić w takiej sytuacji. Usłyszałam –  „słuchaj, Facebook jest bardzo czuły na temat praw autorskich, więc napisz do nich, powiedz, jaka sytuacja”. Tak zrobiłam. Udowodniłam bez problemu, że to moje zdjęcia (natura zdjęcia, marka aparatu, itd.), a Facebook zagroził adminowi blokadą strony. Próbowali mnie przeprosić, ale po tym jak zdjęcia zniknęły, olałam temat.

Jakiś czas później w głowie zakiełkowała mi myśl, że może coś jednak z tym zrobić. Zadzwoniłam do Darka Kamysa z kabaretu Hrabi, który jest reżyserem serialu „Spadkobiercy”. Zaproponowałam, że założę im oficjalną stronę, by nie narażać innych na kontakt z ludźmi, którzy przywłaszczyli sobie moje zdjęcia. Słowo się rzekło, więc prowadziłam ten profil przed 2 czy 3 lata. To się zbiegło z tym, że „Spadkobiercy” weszli do telewizji, do TV4. Fan page eksplodował. Po pół roku miał kilkadziesiąt tysięcy fanów, więc miałam masę pracy. Prowadziłam komunikację, odpowiadałam na wszystkie wiadomości i to nie przeszło bez echa. Odezwał się do mnie Jarek Bielecki i pierwszy raz pojawiał się temat mojego dołączenia do Mint Media. A w międzyczasie po „Spadkobiercach” zaczęłam prowadzić też inne profile i zainteresowałam się tym na poważnie. Dopiero wtedy zorientowałam, że media społecznościowe to nowe miejsce pracy. W sam raz dla mnie mimo, że nie mam żadnego marketingowego wykształcenia. Za to „contentowo” zawsze byłam niezła, dość dobrze szło mi składanie słów i do tego mam niezłą wyobraźnię. To wszystko sprawiło, że zostałam specjalistą od social media, a pół roku po pierwszej rozmowie z Jarkiem dołączyłam do Mint Media.

Doszliśmy w końcu do agencji Mint Media. Czym tam się zajmowałaś?
Z Mint Media byłam związana przez 3 lata. Pracowałam w dziale strategii i kreatywnym. Zajmowałam się wymyślaniem różnych akcji oraz tworzeniem contentu. Najlepiej wspominam współpracę z Perłą, gdzie bardzo często byliśmy wyróżniani za jakość treści na Facebooku.

Opowiesz trochę o Perle? Za Twoich czasów to był jeden z moich ulubionych fan page’ów.
To był mój ulubiony projekt, bo z samym browarem byłam związana od wielu lat. Pracuję często jako konferansjer i już 13 czy 14 lat temu prowadziłam imprezę właśnie dla Perły. Do tego sama mieszkam w Lublinie, więc siłą rzeczy świetnie znam tę markę. Myślę, że tym właśnie ujęłam odbiorców. Na sukces wpłynęło też to, iż byłam cały czas na miejscu, w Lublinie. Jak coś ważnego się w Perle działo, mogłam bez problemu przyjechać i zobaczyć na żywo. Pisanie na odległość to nie to samo. Można oczywiście prowadzić z Lublina fan page firmy z Honolulu, ale nie uniknie się wtedy sztuczności.

Moim zdaniem, pomimo możliwości jakie daje nam technologia, cały czas kluczem do sukcesu w mediach społecznościowych jest bezpośredni kontakt z odbiorcą. Opowiem Ci o tym później, jak przejdziemy do tego co robię w Le’Żaku, gdzie promujemy się głównie w mediach społecznościowych, ale bez żadnego budżetu na reklamę. Nie mamy może setek tysięcy fanów, za to te 1400 osób które nas polubiły są niezwykle aktywne. Dlaczego? Po do drugiej stronie siedzę ja, czyli ktoś kto nie jest z zewnątrz. Ktoś kto doskonale zna tę kawiarnię, pracowników oraz klientów. Wiem, kiedy i jak się do nich odezwać i nie piszę im o gruszkach na wierzbie, tylko o tym co faktycznie tego miejsca dotyczy. Myślę, że nasi fani doceniają tę autentyczność.

Coś wiem na temat prowadzenia fan page’a na odległość. Parę razy się na tym przejechałem.
Wiesz, jeszcze pół biedy jeżeli fan page jest np. o jogurcie. Do jego prowadzenia wiedzy specjalistycznej nie potrzebujesz. Z piwem jest o wiele trudniej. Ekspertem czy smakoszem nie jestem, dlatego wiele razy rozmawiałam z piwowarami z Perły, żeby móc później na fan page’u odpowiadać na najtrudniejsze pytania zadawane przez piwoszy. Niektóre były naprawdę trudne, ale tak mocno weszłam w temat że bez problemu dawałam radę. Okazało się, że dostałam nawet nową ksywkę – „Pani Perła”. Dowiedziałam się o tym zupełnie przypadkowo w trakcie ostatnich Chmielaków, gdzie pracowałam jako konferansjer Perły. Powiedzieli mi o tym ludzie odwiedzający nasze stoisko.

A jak „Pani Facebook” i „Pani Perła” trafiła do kawiarni Le’Żak?
Oprócz tego, że jestem konferansjerem, specjalistą od mediów społecznościowych, amatorsko robię zdjęcia, to jeszcze organizuję występy i koncerty. Od kilku lat razem z agencją KEREZA, tą od kabaretu Smile czy Łowcy. B, prowadzimy w Chatce Żaka scenę Kabaretowa Chatka. Organizując występy na żywo, za każdym razem narzekaliśmy, iż zniknęła stąd kawiarnia, która działała przecież przez wiele lat. To było dla nas bez sensu, że ludzie przychodzą na występ, a od 7 lat nie mają nawet gdzie usiąść i napić się kawy.

Zaczęliśmy więc dopytywać o kawiarnię i nieco później okazało się, że UMCS chce ją przywrócić i w tym celu powołał Fundację Akademickiego Centrum Kultury Chatka Żaka. Kabaretowa Chatka zaproponowała moją kandydaturę, co spotkało się z aprobatą władz uczelni, i w ten sposób zostałam managerem.

Jaka jest idea kawiarni Le’Żak? Masz jakąś wizję tego miejsca?
Dla mnie to jest takie miejsce, do którego zawsze można przyjść. I to nie ma za bardzo znaczenia w jakim celu. Po prostu przyjść, posiedzieć, odpocząć, poczytać dobrą książkę, gazetę, wpaść na koncert czy też turniej gry w kapsle. W Le’Żaku można poleżakować czyli zrelaksować się, odpocząć i poczuć u siebie. To ma być takie miejsce, gdzie ludzie czują się po prostu dobrze. A jednocześnie jeśli ktoś ma jakąkolwiek inicjatywę, którą kiedykolwiek chciałby tutaj zorganizować np. wystawę, autorski wieczorek poetycki, koncert, to może ją w Le’Żaku zrealizować. Na pewno dobrze się tu czują studenci, bo np. Samorząd Studencki mówi do mnie „ciociu”. Trochę mnie to śmieszy, a trochę straszy, bo uświadamia, że czasy studenckie mam dawno za sobą.

A skąd w ogóle pomysł na nazwę kawiarni? Dlaczego Le’Żak?
Oczywiście to jest gra słów, bo Le Żak, (niby) z francuskiego, oznacza żart. Le’Żak, bo w ogródku mamy leżaki. No i Le’Żak przede wszystkim nawiązuje do Chatki Żaka i do studentów (żaków). Wszystkim się ta nazwa bardzo podobała i fajnie działa w mediach społecznościowych. Jako ciekawostkę mogę Ci dopowiedzieć, że odkąd w mieście rozeszła się fama o naszych leżakach, to teraz znajdziesz je nawet na deptaku i Starym Mieście. Czuję się więc trochę jak trendsetterka, która wprowadziła leżaki na kawiarniane ogródki w Lublinie.

Pogadamy teraz o mediach społecznościowych, a konkretnie o tym w jaki sposób wykorzystujesz je do promocji Le’Żaka.
Promocja Le’Żaka w ogóle się podzieliła trochę na 3 tory, bo jedną rzeczą jest komunikacja na fanpage’u, a inną na Instagramie, a jeszcze inną jest to, co ja zrobiłam na swoim prywatnym profilu, gdzie zupełnie przypadkiem powstał album pod hasłem „Odwiedzili mnie w Le’Żaku”.

Zaczęło się od tego, że w zimie w ubiegłym roku mieliśmy 2 bardzo duże realizacje kabaretowe w Chatce Żaka. Przyjechało na nie mnóstwo wspaniałych artystów – kabaret Smile, kabaret Jurki, Kabaret Młodych Panów, Grupa MoCarta oraz Ireneusz Krosny, a każdy rzecz jasna z ekipą. Pomyśleliśmy, że oprócz wyposażenia garderoby w czajniki i obiadowego cateringu, fajnie byłoby by Ci wszyscy ludzie mogli gdzieś się napić dobrej kawy. Do oficjalnego otwarcia Le’Żaka jeszcze nie doszło, ale już się do niego przymierzaliśmy i mieliśmy zakupiony express. Zainstalowaliśmy go więc nieoficjalnie i faktycznie wszyscy kabareciarze wpadali do nas na kawę.

Jako pierwszy pojawił się mój kolega, Bartek Demczuk z Kabaretu Młodych Panów. Od razu powiedziałam coś takiego, że  „jejku, Bartek, to jest dla mnie taki historyczny moment, bo za chwilę będę miała czynną kawiarnię, więc muszę zrobić Ci zdjęcie jak pijesz moją pierwszą kawę”. Fotkę zrobiłam, a później powtarzałam to jak na kawę przychodzili kolejni kabareciarze oraz ludzie z obsługi Chatki Żaka, bo oni też są dla mnie bardzo ważni. W ten sposób powstał mój facebook’owy album „Odwiedzili mnie w Le’Żaku”. Projekt tak się rozwinął, że doszło nawet do swoistego paradoksu. Pewnego razu do kawiarni zajrzał mój znajomy z Warszawy. Ja mówię mu cześć, pytam co słychać, a on od razu pyta czy zrobię mu zdjęcie do albumu. Jedna koleżanka nawet obraziła się na mnie, bo gdy odwiedziła kawiarnię byłam tak zaganiana, że zapomniał zrobić jej zdjęcie.

Pomysł świetny, od razu go zauważyłem na fejsie.
A zauważyłeś, że album powstał na moim profilu prywatnym? Założyłam go jeszcze zanim uruchomiłam fan page Le’Żaka, a dopiero później „czekinowałam” tam zdjęcia. A więc od tego albumu wszystko się zaczęło, a później już było z górki, choć muszę przyznać że często dopisywało mi szczęście.

Do Le’Żaka często przychodzi na swoje ulubione cappuccino Kabaret Smile, który ma próby w Chatce Żaka. Dla mnie to bardzo prestiżowa sprawa, bo to robi wrażenie na klientach. Ostatnio pojawili się u mnie po dłuższej przerwie. W wakacje mamy mniejszy ruch, więc  menu też okrojone. Nie było np. kanapek i ciasta. Wykorzystując moją nieuwagę Panowie z kabaretu dorwali się do tablicy z menu i kredy, którą mamy zawsze pod ręką dla odwiedzających nas dzieciaków. Dopisali mi na tablicy, że „nie ma lodów, nie ma ciasta, nie ma kanapek, i że w ogóle syf”. To ostatnie to oczywiście takie żartobliwe określenie. Jak wyszli, do tablicy podeszła moja córka i dopisała, że nie ma też kakao, nawiązując do programu kabaretowego Smile „Czy jest w domu kakao”. Cóż było zrobić. Zrobiłam zdjęcie tablicy z menu i wrzuciłam na swój profil z komentarzem, że dzisiaj wpadli do mnie na kawę koledzy i myślałam, że się z tego ucieszę, ale okazało się, że nie. Admin fan page’a Smile pobrał fotkę i wrzucił u siebie, dzięki czemu na fan page Le’Żaka spadła lawina lajków. Zasięg zrobił się gigantyczny.

Fajny patent. Słuchaj, powiedz mi teraz jak postrzegasz rolę mediów społecznościowych w marketingu małej kawiarni. Jak trzeba do tego podejść? Masz może jakieś rady dla początkujących?
Na pewno trzeba to robić, ale najpierw trzeba wiedzieć jak. Gdy patrzę czasami na fan pages różnych lubelskich lokali, od razu widzę czy prowadzi je ktoś ogarnięty, czy raczej ktoś kto słyszał że fan page trzeba mieć i wrzuca tam zupełnie przypadkowe rzeczy. Zazwyczaj jest tak, że jako pierwszy pojawia się post  „hej, witamy, właśnie otworzyliśmy nowy lokal, zapraszamy na zupę pomidorowa i jest w ogóle super”. Później jeszcze może się zdarzy jakieś duże danie i ewentualna promocja na piwo „happy hours”, a potem po tygodniu taki fan page przygasa, by obudzić się po pół roku z życzeniami na święta. .

Czasem jest jeszcze strategia typu przegląd tygodniowego menu.
Tak, zdjęcia menu też się zdarzają, choć czasem można to zrobić fajnie. Kiedyś też zamieściłam menu na profilu jednej knajpy. Tyle, że ja otagowałam wszystkich stałych bywalców tego lokalu. Dobrze się to przyjęło. Było sporo śmiechu i komentarze w stylu „o, ja jestem na pewno pieczarką”.

Wracając jednak do Twojego pytania, przede wszystkim doradzam początkującym 2 rzeczy. Po pierwsze, warto by Twój lokal był obecny w mediach społecznościowych. To jest świetne narzędzie do kontaktu z potencjalnymi klientami. Po drugie, trzeba jednak sobie odrobinę tę obecność przemyśleć, choćby by wiedzieć o czym pisać. Zdarza mi się czasem dzień, gdy nie mam nic do powiedzenia, ale staram się by komunikacja była regularna. Oprócz tego, że zapraszam na kawę i nęcę ludzi świetnymi zdjęciami i gifami, które dostaję od Palarni Kawy Kaffe 2009, sama też często robię zdjęcia. Jak nam wlatuje motyl do kawiarni, to go pokazuję, że on tutaj wleciał. Ludziom to się podoba, dzieje się na żywo.

Cały mój zespół stara się też uważnie obserwować naszych klientów, bo oni są często najlepszym źródłem inspiracji dla naszego Facebooka oraz Instagrama. Mieliśmy kiedyś taką sytuację, na samym początku kawiarni. Przychodzili do nas klienci, którzy na stoliku zawsze zostawiali stateczki zrobione z paragonów. Bardzo długo nie mogliśmy dojść do tego, kto robi te stateczki. Zbieraliśmy je jednak w szufladzie, a gdy nazbierało się ich dużo, zrobiłam fotkę i wrzuciłam na fan page. Napisałam w komentarzu podziękowanie za te miłe drobiazgi.

Stateczki, Le'Żak

Autor zdjęcia: Justyna Domaszewicz

Już następnego dnia przyszli do nas autorzy tych stateczków. Wiesz co powiedzieli? Ku naszemu zaskoczeniu stwierdzili, że zostawiają je w wielu lokalach, które odwiedzają, ale jeszcze nikt nie zwrócił na nie uwagi. Byliśmy pierwsi, a Ci Panowie są naszymi stałymi klientami po dziś dzień.

Oprócz tego w promocji lokalu pomaga na pewno organizowanie przeróżnych wydarzeń. A wydarzeniem może być wszystko. Ogranicza nas tylko kreatywność.

Tak, „Turniej Beer Ponga” jest na pewno kreatywny.
Zaraz Ci o nim opowiem, dokończę tylko o wydarzeniach. Każe z nich staram się relacjonować za pomocą jakiejś fotogalerii. To też się zazwyczaj dobrze przyjmuje, bo wiadomo, ludzie się szukają po wydarzeniach, tagują się na zdjęciach, itp. Nie ukrywam, że korzystam trochę z tego, że mam kilku przyjaciół-fotografików. Dzięki nim mam świetne zdjęcia z wydarzeń.

Aha, miałam mówić o beer pongu. Pamiętasz serial „Beverly Hills 90210”?

Jasne, klasyka z czasów podstawówki.
Inspiracją był właśnie ten serial. Chodzi o to, że w USA studenci spotykali się na prywatkach w domach różnych bractw i grali właśnie w beer ponga. Do beer ponga są niezbędne są 3 rzeczy. Czerwone kubki, piłeczki pingpongowe i piwo. Celem gry jest trafienie piłeczką do kubka przeciwnika. Jak trafisz, przeciwnik musi wypić piwo, które jest w kubku. Oczywiście nalewa się go nie więcej niż jedną trzecią, bo przed każdą grającą parą jest 10 kubków, a nie chodzi przecież o to, żeby się upić.

Pierwszy raz robiłam taki turniej z Perłą na Chmielakach. Zabawa bardzo się ludziom podobała, więc pomyślałam że przeniosę ją do Le’Żaka. Zorganizowałam więc event i wyzwałam na pojedynek kilka zaprzyjaźnionych knajp oraz instytucji. Nie wszyscy odpowiedzieli na zaproszenie, ale Padbar podjął rękawicę, wystawił swoją reprezentację i złoił nam nieźle tyłki. Zabawa była tak fajna, że zdecydowaliśmy z Pawłem Typiakiem (właścicielem Padbaru), że monopolizujemy beer ponga w mieście. Organizujemy więc turnieje na zmianę. Jeden u nich, drugi u nas. Zawsze jest super, a że Perła wspiera nas gadżetami, mamy też fajne nagrody dla uczestników.

Czy prócz social media wykorzystujecie też inne narzędzia marketingowe?
Tak, bo naszym otwarciem zainteresowaliśmy media lokalne oraz studenckie. Na pewno mamy też niezłą pocztę pantoflową. Wyobraź sobie, że hashtagi #NajlepszaKawaWMieście i #NajlepszeLatteWMieście to nie moje dzieło. Znalazłam zdjęcia  „ohashowane” naszym Le’Żakiem autorstwa stałych klientów. Cieszę się, że tak myślą, bo my mamy naprawdę dobrą kawę z dobrej palarni. Od początku wiedziałam, że tak chcę przyciągać klientów do Le’Żaka. Na miasteczku akademickim musi być dobra kawa, której tutaj po prostu brakowało. To jednak nie wystarczy, bo przecież nie jesteśmy kawiarnią w Lublinie, która jako jedyna bierze kawę z Kaffe 2009. Wyróżniamy się zatem tymi hashtatagami oraz naszą mega latte, czyli półlitrową latte na podwójnym espresso.

Wielkie latte, Le'Żak

Widzę, że naprawdę przykładacie w Le’Żaku uwagę do drobiazgów. Myślisz, że one czynią różnicę?
Myślę, że tak. To ważne, by np. wiedzieć co to jest „to samo”, które zamawia u Ciebie klient wracający nawet po dłuższej przerwie. Kiedyś miałam też sytuację, że w Chatce Żaka był występ jednego z zespołów i do Le’Żaka zajrzała mama jednego z tancerzy, który odpoczywał w garderobie. Syn wysłał ją po piwo. Pani zamówiła „Perłę Chmielową”, ale ja wiedziałam że syn pije „Perłę Export”. To była bardzo miła sytuacja, których w tej pracy nie brakuje.  Mam do tej pory zdjęcie w prywatnej kolekcji (nie puszczałam tego na fanpage’u) jak jedna klientka napisała kredą na naszej tablicy, że to świetne miejsce, a managerka jest najlepsza na świecie. Staram się, żeby naprawdę tak było. Nigdy, jak ktoś przyszedł tutaj z jakąkolwiek prośbą, nie odmówiłam. No chyba że prosił o jakąś rzecz, która była po prostu niemożliwa. Ja po prostu bardzo sobie cenię w tej pracy kontakt z ludźmi. Brakowało mi go, gdy pracowałam jako spec od mediów społecznościowych. Większość czasy spędzałam wtedy przed komputerem

W Le’Żaku nadrabiasz?
Chyba trochę tak. Brakowało mi takich żywych rozmów, śmiechów, żartów i  tego, że poznałam tylu młodych ludzi. Dzięki nim odmłodziłam się psychicznie, bo fizycznie to już raczej się nie uda. Rozmawiam z nimi o ich sprawach, o tym, jak poszło im dziś na egzaminie, o tym, że czasem jest gorszy dzień, o tym, że ktoś tam się w kimś zakochał i w ogóle. To są w ogóle super sprawy.

Autor zdjęcia Robert Grablewski

Autor zdjęcia Robert Grablewski

Dlatego sama też biorę często zmiany w Le’Żaku i pracuję normalnie z dziewczynami za barem. Cieszę się, bo zawsze wpadnie jeden czy drugi znajomy na kawę. A jak nie, to zawsze z kimś obcym mogę pogadać. Szczególnie, że ta kawiarnia w Chatce Żaka jest takim wyjątkowym miejscem na mapie Lublina. Ja się nawet ośmielę powiedzieć, że  to była swego czasu jedna z najbardziej kultowych kawiarni w mieście, w czasach kiedy prowadził ją Pan Niedźwiadek. I tu bardzo często zaglądają ludzie, którzy tak jak ja pamiętają to miejsce. Bardzo się ucieszyłam, jak zajrzał „Pan Wąski”, czyli Pan Andrzej, który pracował tutaj w kawiarni. Pozwolił też sobie zrobić zdjęcie. Oczywiście dołączył do grona moich gości w Le’Żaku.

A ja znam Pana Andrzeja z zupełnie innej strony.
Ja wiem, bo to był sędzia koszykarski. I Pan Andrzej jak ma czas, to wpada i przy kawie mi opowiada o dawnych czasach i turniejach brydżowych, które się tu niegdyś odbywały. Pamiętam zresztą, że sama przychodziłam tu ze znajomymi z roku, jeszcze w czasach studenckich. Zawsze było fajnie, często spotykało się artystów, itp. To było i jest wyjątkowe miejsce, które od lat mnie przyciągało. Pamiętam, że jak przyjechałam do Lublina i pierwszy raz wyszłam z akademika to od razu trafiłam do Chatki Żaka. Później tu pracowałam, zorganizowałam nawet pierwszy w Lublinie koncert Jaromira Nohavicy, czeskiego barda, którego bardzo lubię. Mam więc mnóstwo pozytywnych wspomnień z Chatki.

Magia miejsca?
Na pewno tak, ale też dużo codziennej pracy, by tę magię podtrzymać. Chociaż na pewno nie na siłę. U nas stawiamy na autentyczność, więc nie zmuszamy się do sztucznych uśmiechów, gdy mamy słabszy dzień. O wszystkim mówimy naturalnie, a ludzie to chyba doceniają.
Wydaje mi się jednak, że już Cię zagadałam…

Nic z tych rzeczy. Najwyżej wyjdzie „wywiad – rzeka”.
Jestem gadułą i lubię opowiadać o tym, co robię. Ja się staram po prostu zawsze w życiu robić rzeczy, które mnie fascynują. Jeśli coś mnie nie fascynuje, to tego nie robię po prostu. A jeśli mnie to fascynuje, mogę wtedy o tym mówić godzinami. Lubię opowiadać nawet o tym jak na studiach pracowałam w E. Leclerc, w stroju kota w butach, z długim ogonem

Naprawdę byłaś kotem w butach?
Byłam przebrana za kota w butach. Raz spotkałam nawet Beatę Kozidrak w tym stroju i to była taka abstrakcyjna sytuacja. Ja się dziwiłam, że widzę Beatę Kozidrak, a ona się dziwiła, że widzi pomiędzy półkami dorosłą osobę przebraną za kota. Raz mnie też jeden dzieciak przeciągnął za ogon przez pół sklepu, krzycząc „mamo, mamo, zobacz, ta Pani ma ogon”.

Ok, nie drążę tematu. Ostatnie pytanie. Jakie masz plany na przyszłość Le’Żaka?
Na pewno chciałabym, żeby to miejsce dobrze umiejscowiło się w świadomości studentów i ludzi, którzy pracują na uczelni. Chciałabym, by najbliższy rok ugruntował naszą propozycję.

Co więcej? Sama Chatka Żaka narzuca też trochę taką działalność, bo tutaj się tyle dzieje, że chciałabym, żeby Le’Żak był takim minipoligonem dla młodych ludzi. By mogli tu działać. Wiem, że realizacja tego wiąże się również z finansami, więc najpierw muszę nasprzedawać dużo kawy, żeby później móc zapraszać fajnych artystów.

Zresztą, bazując właśnie na swoich znajomych i kolegach, którzy czasem tutaj występują w Chatce Żaka, pomyślałam sobie, że fajnym patentem będzie organizowanie spotkań autorskich. Nie konferencji prasowych, ale spotkań artystów z fanami. Chcę, by ludzie przychodzili tu na godzinę czy dwie przed występem i mogli się spotkać ze swoim idolem. Dla mnie wiadomo super, bo przyjdą tutaj ludzie, którzy będą pili kawę. Dla tych ludzi super, bo się spotkają z artystą. Dla artysty super, bo później z wolną głową po prostu występuje. Zaczynam z tym pomysłem już niedługo. W październiku będzie tutaj spektakl z doborową obsadą aktorską, „Atrakcyjny pozna panią. Dwoje młodych aktorów spotka się wówczas w Le’Żaku ze swoimi fanami.

Dziękuję pięknie za rozmowę.

Justyna Domaszewicz czyli od zawsze kobieta pracująca. Obecnie manager w kawiarni Le’Żak oraz konferansjer, event manager i autor scenariuszy. Poprzednio strateg i content manager w agencji interaktywnej Mint Media, Warm-upper (programy Mam Talent, X-Factor, Hole in the Wall), nauczycielka w gimnazjum, kierownik programowy w ACK UMCS Chatka Żaka, manager Winiarni u Dyszona oraz kabaretów Czesuaf i Noł Nejm oraz zespołu Koolor Squad, a także kierownik produkcji filmów reklamowych. Od lat związana z Lublinem. Miłośniczka wielokulturowej historii miasta. Zajmuje się również fotografią oraz od lat angażuje się w prace Centrum Wolontariatu w Lublinie.

Po więcej informacji o naprawdę klimatycznej kawiarni Le’Żak (przetestowałem kawę, jest naprawdę pyszna) zapraszam na fan page oraz Instagram. Wszystkie zdjęcia, jakie znalazły się w tekście, publikuję dzięki uprzejmości Justyny (jest ich autorką, z wyjątkiem jednej fotki Roberta Grablewskiego oraz fotki tytułowej Łukasza Halczaka).

Rozmawiał

Logo Jacek Lipski

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. Wywiad z Łukaszem Łukawskim, właścicielem biura nieruchomości 4-te Piętro
  2. Wywiad tygodnia z Kingą Gruszecką, twórcą fan page’a „Humans of Lublin”

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.