Robert Wciseł

Wywiad z Robertem Wcisłem z Makerspace Lublin

MediaLab Lublin Battle. Expo 2015. Makerspace Lublin. Care System. Druk 3D. O tych wszystkich tematach przeczytacie w jednym z najdłuższych wywiadów, jaki ukazał się na łamach blogu. Tym razem w „moje sidła” wpadł Robert Wciseł, lider ekipy która zwyciężyła w medialabowej bitwie oraz współzałożyciel społeczności lubelskich „makerów”. Wywiad zrealizowałem na początku sierpnia w ramach mojego tajnego projektu „Lubelskie Startupy 2015”.  


Robert, jesteś z Lublina? Wiem, że na pewno tutaj studiowałeś.

Tak, urodziłem się w Lublinie i mieszkam w Lublinie. Kiedyś na LSM, teraz na Felinie. Na Politechnice skończyłem inżynierię środowiska. To taki kierunek, na którym uczysz się jak ochraniać to środowisko fizycznie – oczyszczalnie ścieków, instalacje sanitarne, systemy kominowe, itp.


Powiesz coś więcej o studiowaniu na Politechnice? Jak oceniasz te studia?

To był bardzo ciekawy czas. Nie tylko na naukę, bo jak sam wiesz wokół „polibudy” jest dosyć ciekawa infrastruktura o innym charakterze. Z kwestii rozwojowych to muszę powiedzieć, że Politechnika dała mi czas i okazje na rozwijanie innych pasji. Przez jakiś czas zajmowałem się serwerami uczelnianymi. Miałem swoje koło naukowe na Wydziale, gdzie głównie zajmowaliśmy się rzeczami komputerowymi.

Za moich czasów została założona sieć internetowa w akademikach Politechniki Lubelskiej. To był taki moment, że na uczelni jakaś firma z przetargu robiła tę sieć. W pewnym momencie skończyły się pieniądze i firma zniknęła. Sieć była prawie gotowa, ale brakowało jeszcze sporo infrastruktury, by móc ją uruchomić. Koło Naukowe Wydziału Zarządzania podpięło się wówczas pod ten projekt i zakończyło razem z Samorządem Studenckim i grupą zaangażowanych studentów to przedsięwzięcie, w formie charytatywnej. Ja przez jakiś czas zajmowałem się całą tą infrastrukturą, jak jeszcze byłem na studiach. Opiekowałem się 4 akademikami Politechniki, serwerami na moim Wydziale, na Wydziale Zarządzania oraz serwerami studenckimi.

Generalnie studia dały mi możliwość rozwoju nie tylko związanego z samym przedmiotem, ale również mocno poza samą uczelnią. Mój promotor, profesor Henryk Sobczuk który przyszedł specjalnie z PAN by poprowadzić kierunek na którym studiowałem, prowadził specjalizację informatyka w inżynierii środowiska. Taka ciekawostka – syn mojego promotora był założycielem Grono.net, pierwszego polskiego portalu społecznościowego.


Teraz pracujesz w Enterpolu czyli w firmie od sieci komputerowych. Wygląda więc na to, że to co robiłeś obok studiów mocno Ci się spięło z przyszłą pracą zawodową.
Tak naprawdę to zostałem zgarnięty z rynku. W trakcie studiów zajmowałem się sieciami, a w Enterpolu był akurat potrzebny specjalista od sieci. Jakoś poszło tak z rozpędu. Ich poprzedni admin odchodził do firmy Anica System (obecnie Asseco) na stanowisko inżynierskie. Ja poszedłem na jego miejsce i zostałem do dnia dzisiejszego, choć muszę przyznać że moja ścieżka kariery zawodowej w firmie była i jest dosyć długa i zawiła.

Zaczynałem od administratora sieci, później przez dłuższy czas byłem Kierownikiem Pionu Technicznego, a obecnie zajmuję się Działem Rozwoju. To takie R&D wewnątrz firmy. Wdrażamy nowe produkty technologiczne, robimy wewnętrzny consulting, itp.


Jesteś z Lublina, studiowałeś w Lublinie, mieszkasz w Lublinie. Nigdy nie planowałeś gdzieś się stąd ruszyć? Nie przeszła Ci nigdy przez głowę myśl, żeby spróbować w innym mieście?
Byłem na paru rozmowach rekrutacyjnych, które zazwyczaj kończyły się pozytywnie, ale nigdy nie zdecydowałem się wyjechać. Pewnie przez lenistwo, bo sam wiesz: tu mam mieszkanie i nie chce mi się przeprowadzać. Może to był błąd na tamte lata, ale w tym momencie decyzja została podjęta dawno temu i konsekwencje są jakie są. Nie jest mi z tym źle, mam normalne życie, w normalnym mieście i po prostu mi się tu podoba.


Ok, pogadajmy teraz o lubelskim MediaLabie. Niby wiem, jak to wyglądało, bo sam byłem uczestnikiem, ale chciałbym usłyszeć parę słów komentarza od członka zwycięskiego zespołu. Jak w ogóle doszło do tego, że znalazłeś się w środku MediaLab Lublin Battle?
Bardzo podobał mi się rozbudowany formularz zgłoszeniowy. Miałem nawet duże wątpliwości czy dam radę, ale jakoś dostałem się do grupy. Na początku nie znałem dokładnie zasad zabawy, bo ich po prostu nie przeczytałem. Nie wgłębiałem się w szczegóły, bo najbardziej ciekawili mnie ludzie, którzy też się zgłosili do projektu. Z jednej strony trenerzy, a z drugiej uczestnicy. Jak czytałem biogramy poszczególnych osób to byłem w szoku. A po pierwszych zajęciach, gdzie każdy miał za zadanie opowiedzieć o sobie za pomocą 3 slajdów, to byłem mocno zaskoczony, że tyle osób o tak rozległych kompetencjach pojawiło się w jednym miejscu.

To naprawdę zapowiadało się ciekawie, choć z dzisiejszej perspektywy wiem że to był ostatni taki program, w którym uczestniczyłem. Nigdy więcej nie zdecyduję się na udział w czymś tak obciążającym czasowo, choć przyznam że dosyć mocno myślałem o Startup Academy.


Jak Ci się podobał MediaLab? W sensie formuły, ludzi i rzeczy które tam się działy.

To był naprawdę bardzo ciekawy projekt. Finał był trochę wredny, ale pod względem spotkań oraz ich samej formuły bardzo mi się podobało. Nauczyłem się olbrzymiej ilości rzeczy. Mam do tej pory notatnik wypełniony zapiskami z sobotnich spotkań medialabowych. Wyniosłem zatem z MediaLabu bardzo dużo wiedzy praktycznej i merytorycznej. Część wykorzystałem nawet tutaj, w Makerspace Lublin.

Projekt był mi potrzebny, zarówno pod względem kontaktów jak i pracy zespołowej. Praca w losowo wybranym teamie to była prawdziwa przygoda. Mimo kilku rotacji osobowych udało nam się dojechać do końca projektu. Było ciężko, zawsze kończyliśmy zadania tuż przed deadline’em, choćby np. produkcje filmowe. Te zwykle w ostatecznej wersji wrzucaliśmy na You Tube jakieś 2 minuty przed deadlinem, bo poprawki trwały do samego końca. Deadline był zawsze dla nas najlepszym motywatorem wewnętrznym.


Spróbowałbyś ocenić z perspektywy tych paru miesięcy od Medialabu, które zajęcia dały Ci najwięcej?
Chyba nie potrafię powiedzieć, że któreś było najlepsze. Każde z zajęć było inspirujące na swój sposób. Inna tematyka, inny sposób prowadzenia. Nie oceniam poszczególnych osób, bo od zawsze wyznaję zasadę, że nawet jeżeli jestem w czymś dobry to na szkoleniu na pewno dowiem się przynajmniej 10 proc. rzeczy, których nie wiem. Choćby dlatego, że szkoleniowiec będzie miał inną optykę spojrzenia niż moja. Siła świeżego spojrzenia na wiedzę, którą posiadam.

Bardzo mi się podobały na Medialabie osoby, które potrafiły w prosty i szybki sposób zsyntetyzować wiedzę. „Skill” jednego z trenerów czyli Romana Łozińskiego był pod tym względem imponujący. Potrafił zsyntetyzować nasze długie monologi w jednym zdaniu.

Ale tak naprawdę każdy z trenerów coś wnosił. Każdy był w czymś dobry. Każdy pokazywał coś z innego punktu widzenia. Oczywiście byli trenerzy lepsi lub gorsi pod względem sposobu przekazywania wiedzy, ale przygotowania merytorycznego żadnemu z nich nie można było odmówić.


Na zakończenie rozmowy o MediaLabie chciałbym Cię podpytać o Mediolan. W ramach nagrody za zwycięstwo w rywalizacji zespołowej pojechaliście zobaczyć tegoroczne Expo. Jak Ci się podobało? Co fajnego tam widziałeś?
Sam wyjazd do Mediolanu całym zespołem jako nagroda był ciekawą perspektywą. Na pewno trzeba powiedzieć, że „Mediolan bardzo ładnym miastem jest”. Jest mniej więcej 2 razy większy od Lublina. Ma bardzo dobrą infrastrukturę komunikacyjną, w tym pełne metro. Spaliśmy akurat w dzielnicy azjatyckiej. Fajnie, czysto, przyjemnie i miło. Muszę przyznać, że było jednak parę dziwnych scen, takich dysonansów. Np.: mnóstwo śpiących bezdomnych z Senegalu na głównym dworcu autobusowym w Mediolanie.

Natomiast samo Expo robi wrażenie pod względem wielkości i skali. Ogromne przestrzenie. Zwiedzasz olbrzymie hangary wystawiennicze. Wchodzisz na główną alejkę i nie widzisz jej końca. Pierwszego dnia chyba doszliśmy do pawilonu Polski dopiero po paru godzinach chodzenia. Z zewnątrz nie wyglądał może olśniewająco, ale po obejrzeniu całości na pewno nie było się czego wstydzić.

Co zastaliśmy w środku? Fajna była mała, lekko przyćmiona salka kinowa (na 50-60 osób) z krzesłami i małym telewizorem (taki 50 calowym) na środku. Leciał tam cały czas w pętli film Bagińskiego o historii Polski. Filmik zadziałał na nas mocno nostalgicznie, łezka w oku się zakręciła. Ciekawy manewr, bo ze względu na mały ekran trzeba było się mocno na nim skupić.

Expo robiło wrażenie, ale biorąc pod uwagę ilość kasy, jaka została tam wsadzona, można było na pewno rozwiązać przy jej pomocy jakiś realny problem. Nie bardzo wiem, czy w skali globalnej ma to jakiś sens. „Potrzeba chleba, nie igrzysk”. Nie do końca rozumiem, po co te pieniądze zostały wydane. Promocja kraju, ale przed kim? Ilość kasy, która tam jest przemielona, jest ogromna, choć nie wszystkie kraje uczestniczące stawiały na rozmach.


Czy była jakaś wystawa na Expo, która zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Były wystawy, które robiły ogromne wrażenie, ale ja jestem trochę zboczony na punkcie technologicznym. Przypatrywałem się wystawom głównie pod względem inżynierskim np. jak jest zbudowana cała platforma, czy jest oparta na jakieś kopule typu fullerowska. Bardzo mnie interesowało jak inżynierowie podchodzili do kwestii technicznych przy budowie konkretnych wystaw, ale bez zdjęć i opisów nie powiem, które to były, bo po prostu nie pamiętam.

Widziałem samogrające fortepiany – próbowałem rozgryźć ich mechanizm, ale mi się nie udało. Paweł był zachwycony „customerskim” motocyklem, który wypatrzył bodajże na wystawie Słowenii. To był produkt lokalnej firmy, która tworzy motocykle na zamówienie. Ten który widzieliśmy był wykonany z obić kevlarowych. Robił niesamowite wrażenie, bo wyglądał jak super rakieta.

W ogólne na Expo niektóre kraje stawiały na pokazywanie bardzo ciekawych osób i pomysłów, które są u nich realizowane. Np. Holendrzy mieli wielkie robotyczne ramię, takiego 9-osiowego robota, który był wyposażony w drukarkę 3D mielącą granulat i produkującą krzesła, meble oraz inne pełnowymiarowe przedmioty. Tego typu wystawy najbardziej mi się podobały. Francja w swoim namiocie miała świetną wystawę, w która wplotła wiele postaci historycznych. Pokazywanie swojej historii poprzez ludzi bardzo przypadło mi do gustu.


Pogadajmy teraz o Makerspace w Lublinie. Jak trafiliście do lokalu na Żmigrodzie, w którym teraz rozmawiamy?
Normalnie, najzwyczajniej na świecie. Za hajs. Stało się to możliwe, dzięki wielkiej uprzejmości Krzyśka i Heni Chmielów, który zgodzili się na użytkowanie lokalu w takiej formie.

Makespace Lublin

A skąd wzięła się sama idea Makerspace w naszym mieście? Pamiętasz początki?
Większość fajnych rzeczy jest fajnych, bo rozwiązuje jakiś konkretny problem. Dla mnie, Makerspace jest rozwiązaniem problemu dostępności warsztatu w sferze miejskiej. Tutaj cofnijmy się na moment w przeszłość. Za czasów mojej młodości w Lublinie funkcjonowało coś takiego jak „Intercafe”. Pierwsza kawiarnia internetowa w Lublinie, która była na Granicznej 10, a później na Granicznej 13. To było pierwsze miejsce w naszym mieście, gdzie można było przyjść i korzystać z internetu za pieniądze. Były tam komputery i dosyć szybkie łącza. Można było siąść przed komputerem, odpalić IRCa i pogadać na określonych kanałach z ludźmi z innych polskich miast. Wtedy prawdziwe WOW!

„Intercafe” miało funkcję społeczną. Tam schodziła się taka śmietanka lubelskiej działki IT. Niektóre z tych osób mają teraz swoje firmy albo siedzą głęboko w dużych korporacjach na wysokich stanowiskach. Generalnie to było takie miejsce, gdzie mogłeś zapoznać się z technologią. Czysto komputerową, ale wtedy jeszcze świat był analogowy i dopiero zaczynał poznawać cyfrowy aspekt rzeczywistości.

To było miejsce, gdzie można było przyjść i posiedzieć sobie przed komputerem w towarzystwie „bandy geeków”. Płaciło się za godzinę dostępu do komputera. Ci co mieli mniej pieniędzy siedzieli przed stanowiskami, gdzie był terminal tekstowy i bursztynowy ekran. Ci co mieli więcej, przy lepszym sprzęcie. Siedzieliśmy tam cały godzinami. Ściągaliśmy firmy, oglądaliśmy je, jak również robiliśmy inne rzeczy, ale to nie było najważniejsze. Dużo istotniejsze były nasze rozmowy. Wymienialiśmy się pomysłami jak rozwiązywać konkretne problemy technologiczne np. jak zainstalować Linuksa, itp. Ja miałem tam pierwszy kontakt z administracją serwera. Wtedy to było niezwykłe doświadczenie móc wrzucić stronę na serwer, a później obejrzeć ją z domu, bo stawała się dostępna globalnie.

W „Intercafe” poznałem mnóstwo osób, które do tej pory przewalają się przez moje życie. Takich które budowały lub budują infrastrukturę internetową w Lublinie. To było wspaniałe miejsce i po wielu latach zacząłem odczuwać jego brak. Brakowało mi takiej przestrzeni w moim życiu. Nie chciałem jednak odtwarzać przestrzeni „Intercafe”, bo brakowało mi przestrzeni w której mógłbym porobić coś technologicznego. Komputer mam w domu, serwer mogę postawić gdziekolwiek lub kupić usługę na zewnątrz w dowolnym miejscu na świecie, natomiast brakowało mi dosyć trywialnej rzeczy. Jak mieszkasz w bloku to nie możesz sobie wziąć wiertary i wiercić do północy, bo sąsiedzi Ci na to nie pozwolą. Nie możesz popracować frezarką do drewna, bo posprzątanie tego graniczyłoby z cudem.

Na konferencji „Cohabitat Gathering 2012” spotkałem człowieka, który prezentował swój FabLab w Amsterdamie. Tytułem prezentacji Franka Kresina brzmiał: „Rzeczy, których działania nie rozumiesz, nie należą do Ciebie”. Frank był wtedy kierownikiem zespołu badawczego fundacji WAAG Society, zajmującą się innowacją. FabLab w Amsterdamie powstał w ramach tej fundacji. Nigdy wcześniej przed konferencją nie słyszałem o czymś takim. Gdy ten człowiek opowiedział na konferencji jaka jest idea FabLabu, jak to funkcjonuje i pokazał jakie projekty realizowali, to od razu stwierdziłem że ja chcę takie coś w domu, w Lublinie. Niestety jak wpisałem w Google hasło „FabLab w  Polsce” to najbliższy wyskoczył mi w Trójmieście, a to jednak trochę za daleko.

Zacząłem więc szukać ludzi powiązanych z „Cohabitat”, którzy też byliby zainteresowani stworzeniem podobnej przestrzeni technicznej w Lublinie. Kilka takich osób znalazłem, zaczęliśmy się spotykać, a w międzyczasie inna grupa osób prowadzona przez kogoś innego zaczęła tworzyć w naszym mieście „Hackerspace”. Byłem na ich spotkaniu założycielskim, poznaliśmy się i w końcu stwierdziliśmy, że obydwu grupom jest w miarę po drodze. Poszliśmy za ciosem i zdecydowaliśmy się razem poszukać miejsca.

Na początku spotykaliśmy się w nieistniejącej już „Tekturze”. To było takie nieformalne centrum kulturalne. Właśnie tam zaproponowano nam uczestnictwo w inicjatywie „Cicha 4”. W ramach inicjatywy zagospodarowano opuszczoną od ponad 10 lat kamienicę na Cichej, w centrum miasta. Był tam jakiś problem prawny, więc właściciel nie mogąc kontynuować remontu, udostępnił ją nieodpłatnie na siedzibę nieformalnego centrum społecznego. Zacząłem tam tworzyć FabLab, druga grupa Hackerspace, trwał remont, więc łatwo nie było. Kamienica była zrujnowana, bez instalacji elektrycznej – masakra. Dużo osób odpadło na tym etapie, bo stwierdziły że nie mają czasu na remontowanie czegoś takiego. Kilka osób stwierdziło jednak, że warto dalej działać, ale niekoniecznie na Cichej. Nie pasowaliśmy tak do końca do tego miejsca. Nie czuliśmy się tam zbyt dobrze, bo potrzebowaliśmy prądu i przestrzeni, a „Cicha” potrzebowała społeczności. Dla tworzenia społeczności prąd był raczej drugorzędną rzeczą. Nie dogadywaliśmy się po prostu na poziomie potrzeb.

Odeszliśmy z „Cichej”, trochę pobłądziliśmy i doszliśmy do wniosku, że bez hajsu nie da się nic zrobić. Zaczęliśmy więc organizować małe wydarzenia i szkolenia oraz założyliśmy fundację. Dla miasta raz zorganizowaliśmy „Open Source Day” (dzień z wolnym oprogramowaniem), bodajże we wrześniu 2013 r. W budżecie tego projektu było wynagrodzenie dla prelegentów, które zdecydowaliśmy się przeznaczyć na wynajęcie lokalu i tak od stycznia 2015 r. jesteśmy z Makerspace’em na Żmigrodzie (Żmigród 10/3). Mamy tutaj dla siebie w pełni urządzoną kuchnię i 3 pokoje. Jeden prelekcyjny, drugi warsztatowy, trzeci to „soft space”. W międzyczasie dołączyła też do nas w tym lokalu „Fundacja 5 Medium”, która zajmuje się edukacją cyfrową i technologiczną. Same dziewczyny, bardzo fajna grupa.

Makerspace na Żmigrodzie to przestrzeń czysto społeczna. Można powiedzieć, że to rodzaj klubu dla miłośników technologii. Miejsce bardzo specyficzne, bo koncepcja tego miejsca od stycznia zmieniła się kilkukrotnie. Na samym początku wydało nam się, że otworzymy Makerspace i każdy będzie mógł tu przyjść i coś robić. Chcieliśmy się dzielić swoją wiedzą i uczyć się od innych. Nie na zasadzie mentor – uczeń, ale kolega – kolega. Przykładowo, ktoś przychodzi z uszkodzonymi słuchawkami. My nie naprawiamy ich za niego, ale podpowiadamy jak to zrobić i udostępniamy narzędzia.

Makerspace to taka przestrzeń, gdzie dużo psujemy, chcąc zrozumieć jak niektóre rzeczy działają. Jeżeli coś zepsujemy staramy się dociec co było przyczyną awarii. Np. dlaczego eksplodował nam zasilacz. W ten sposób poniekąd stajemy się ekspertami, ponieważ ekspert to przecież osoba, która w swojej działce popełniła już wszystkie możliwe błędy.

Bawimy się też drukarkami 3D, bo to ciągle nowość, która przyciąga ludzi. Mamy też drona „makerspace’owego”, na którym robimy warsztaty. Warsztaty są zresztą formą utrzymania naszej przestrzeni, by zarobić na czynsz i pozostałe opłaty lokalowe. Dodatkowo mamy też wewnętrzne składki płacone przez członków zespołu. Zespół jest mały, więc raczej stawiamy na pozyskanie funduszy z zewnątrz. Przykładowo, jeżeli uda nam się zorganizować 4 warsztaty miesięcznie, to w danym miesiącu nie musimy do lokalu dokładać z własnych pieniędzy.


Mówiłeś o ewolucji Makerspace.
Chcieliśmy zrobić w pełni otwartą przestrzeń, ale w tym momencie wychodzi nam taki elitarny klub. Na początku chcieliśmy otwierać drzwi i zapraszać każdego – „przychodźcie i róbcie co chcecie” – ale praktyka nam pokazała, że to się nie sprawdza. Po pierwsze, finansowo nam się nie spinało. Po drugie, zawsze musi być mentor.

Teraz organizujemy „Otwarte Czwartki”, gdzie każdy z ulicy może przyjść nam poznać i skorzystać z naszego sprzętu. Mamy jednak kilka warunków. Np. jeżeli ktoś chce skorzystać z drukarki 3D to może to zrobić, jeżeli wcześniej był na naszym kursie z druku 3D. W ten sposób mamy gwarancję, że sprzęt pozostanie nieuszkodzony. W przypadku korzystania ze sprzętu mamy generalnie 2 zasady. Musisz być przeszkolony, a wtedy jedynym kosztem dla Ciebie jest materiał.

Ostatnio w ogóle formuła „Otwartych Czwartków” jest taka, że każdy przychodzi z własnym projektem i go sobie realizuje. Kamil „dzierga” swoją drukarkę 3D, ja pracuję nad dronem, Jacek robi swojego drona, ktoś inny pracuje z Arduino, itp. Jest wesoło, potem jakiś film, pizza i do domu. Atmosfera jest bardzo luźna.

Co poza tym? Na pewno nie mamy formy usługowej i na pewno nie idziemy w tym kierunku. Oczywiście jeżeli ktoś z Makerspace będzie chciał zarobić rozwiązując czyjś problem, nic nie stoi na przeszkodzie. Sam Makerspace nie jest jednak usługodawcą. Raczej sami przychodzimy tu z problemami, które wspólnie staramy się rozwiązać.

Makerspace to przestrzeń, do której wiesz że możesz spokojnie przyjść. Chcieliśmy w pełnym momencie pójść w kierunku coworkingu, ale zmieniliśmy zdanie. Tu musisz pamiętać, że twórcy Makerspace to osoby, które pracują zawodowe, bądź na etacie bądź prowadząc własną działalność. Czasem przychodzą to po prostu popracować (np. kodować coś dla Polski), zamiast robić to w domu.


Z kim tworzysz Makerspace?
Oprócz mnie w skład zespołu wchodzi Marcin Grochulski, Jacek Wyszyński, nie pytałem się reszty ekipy czy chcą być wymienieni, więc nadmienię z imienia Kamil, Łukasz, Jacek i jeszcze parę osób, które przewijają się i płacą regularnie. Jest też sporo osób z zewnątrz, które przychodzą by popracować w naszej przestrzeni. Makerspace współtworzą również dziewczyny z „5 medium”, ale jakoś nie możemy ich namówić na wspólne nasiadówki w ramach „Otwartych Czwartków”.


Ile osób z zewnątrz wpada do Makerspace?

Jeżeli niczego nie organizujemy to parę osób dziennie. Jeżeli organizujemy „Otwarty Czwartek” lub warsztaty, np. ostatnio robiliśmy szkolenie z dronów, to zajrzało do nas około 30 osób.


Jakie macie plany na przyszłość?
Na pewno chcemy powoli rozbudować Makerspace. Na razie możemy piłować, lutować, bawić się elektroniką, dronami, drukować na drukarkach 3D, ale już piłą łańcuchową pobawić się nie możemy. Chcielibyśmy mieć taki warsztat w piwnicy. Np. chcesz pospawać? Przychodzisz, bierzesz 2 pręty i spawasz. Szlifierka kątowa i iskry lecą.

Zawsze marzyłem o miejscu, w którym będę mógł robić rzeczy, których nie mogę robić w domu. Gdzie mogę psuć i brudzić bez konsekwencji. Niestety stworzenie takiego miejsca, gdzie realizuje się swoje hobby nie będące jednocześnie pracą zawodową, jest trudne. Podobne miejsce w innych polskich miastach mają swoich rezydentów czyli osoby które będąc twórcami danej przestrzeni, jednocześnie na co dzień pracują tam zawodowo, np. programiści, inżynierowie, producenci mebli ze stali i betonu.

My w tym momencie nie mamy ani managera ani wspominanych rezydentów. Dlatego właśnie Makerspace Lublin jest w tym momencie tzw. „soft space”. Jego główna funkcja to networking, połączona z niewielkim cyfrowym warsztatem z frezarką CNC, drukarką 3D, sprzętem elektronicznym i komputerowym.

Następny plan to wprowadzenie naszych rodzin do tej przestrzeni. Kiedy rozmawiałem w „FabLabie Trójmiasto” z Jarkiem Halikowskim to mówił, że kiedyś w domu bywał po parę godzin, bo najpierw praca, a później FabLab. Na dłuższą metę nie miało to sensu, więc zrezygnował z pracy. Przeniósł się do FabLabu i przeniósł tam też rodzinę. Każde z nich realizuje tam swoje hobby, dzięki czemu ma to sens. Też już powoli zaczynam sprowadzać do Makerspace moich chłopaków (4 i 6 lat). Na razie nie mam czym ich zająć, ale chcę to zmienić. Potrzebna jest większa ilość osób, w tym dzieci.

Dodam jeszcze, że mamy przestrzenie, z którymi współpracujemy w całej Polsce (np. Fablaby Łódź i Trójmiasto, „Zakład” z Poznania). Chłopaki z „Hackerspace” jeżdżą do „Hackerspace’ów”, a jak lubię sobie pojeździć do FabLabów. Np. we wrześniu wybieramy się do „FabLabu Trójmiasto”, żeby pogadać o wspólnych dużych inicjatywach ogólnopolskich.


Chciałem Cię jeszcze zapytać o druk 3D, bo wiem że się tym interesujesz. Czy myślisz, że to zjawisko podobne w skali do rewolucji przemysłowej?
Szczerze mówiąc to przez długi czas byłem przeciwnikiem druku 3D. Uważałem, że w amatorskiej formie nie daje zbyt dużych możliwości. Pierwszą rzeczą z maszyn sterowanych cyfrowo, jakie zbudowałem, była frezarka która potrafi pociąć kawałek metalu według wzoru, który wcześniej wrzucisz do komputera. Jak patrzyłem na jakość rzeczy wykonanych przez drukarki 3D w technologii FDM i na koszt tych rzeczy to byłem pewien, że to się do niczego nie nadaje. Ilość energii niezbędnej do złożenia takiej drukarki też była niemała.

Parę lat temu, jak zainteresowałem się tematem, to do złożenia drukarki trzeba było zamawiać części z całego świata. To nie było tak, że można było wszystko ściągnąć z 1 sklepu internetowego. Ok, może były takie sklepy, ale za komplet części w „packu” trzeba było zapłacić krocie. Jak dla mnie było to wtedy bez sensu.

Dopiero jak w Lublinie firma „Idea Lab” Jacka Dziedzica zorganizowała w Lubelskim Parku Naukowo-Technologicznym warsztaty, gdzie za 1 500 zł można było nauczyć się paru rzeczy i wyjść ze swoją drukarką to stwierdziłem, że czemu nie. Zadzwoniłem więc do Artura, złożyliśmy się po połowie i stałem się współwłaścicielem drukarki. Wymieniamy się nią co tydzień, drukarka ma już ponad 1,5 roku i czas na generalny remont.

W międzyczasie zbudowałem oczywiście kilka innych urządzeń drukujących, ale nie w tym rzecz. Druk 3D pokazał ludziom technologię „Open Source” z nieco innej strony. To nie jest najnowsza technologia, bo liczy sobie ponad 30 lat. Na początku był to biznes, dlatego że cała technologia została opatentowana. Przez wiele lat dla przeciętnego człowieka druk 3D nie istniał, bo nikogo nie stać było na kupno urządzenia za 200 tys. dolarów.

Dopiero w 2005 r. na uniwersytecie w Bath (Wielka Brytania) jeden człowiek (dr Adrian Bowyer) stwierdził, że zrobi maszynę do szybkiego prototypowania, a na dodatek maszyna będzie zdolna do samoreplikacji. Bazował na wygasłym patencie jednej z technik druku 3D FDM (fused deposition modeling). Robił „rewerse engineering” na jednej z technologii druku 3D.  Na dodatek robił to w domenie publicznej czyli „open source’owej”. W międzyczasie coraz więcej osób się dołączało do tej rewolucji, a w ciągu ostatnich 10 lat projekt rozwinął się do wielkości nowej gałęzi przemysłu. Wcześniej patenty zatrzymywały ekspansję druku 3D. Obecnie za kilka tysięcy zł możemy mieć drukarkę, którą kupimy w sklepie lub za dużo mniejszą kwotę, jeżeli zdecydujemy się ją złożyć samodzielnie. Istnieje już wiele sklepów specjalistycznych, które utrzymują się tylko z tego.

Druk 3D daje możliwość wytwarzania przedmiotów w inny sposób niż do tej pory. Boeing podobno drukuje na drukarkach 3D ponad 7 tys. części do swoich samolotów. Sonda SpaceX czyli drugi projekt Ellona Muska, twórcy Tesla Motors też korzystają z drukarek 3D. Oczywiście nie takich domowych, tylko dużych, przemysłowych. Technologia jest zatem bardzo rozwinięta w dzisiejszych czasach i wykorzystywana w wielu gałęziach przemysłu.

Sam druk 3D jest rewolucją, ale tylko w kontekście nowego sposobu wytwarzania przedmiotów, a także dostępu do technologii przemysłowych dla przeciętnego człowieka. Takim projektem jest też FabLab, który powstał na MIT w USA. Jego założeniem było dać studentom platformę, na której mogą zrobić niemal wszystko. Udostępniono im narzędzia i sprzęt, do tej pory wykorzystywany tylko w przemyśle np. do frezarek sterowanych cyfrowo. Studenci zaczęli wytwarzać przedmioty, których na rynku nie było. Zaczęli rozwiązywać nierozwiązane do tej pory problemy.

Twórca FabLabu Neil Gershenfeld napisał książkę „Od komputerów osobistych do cyfrowej fabrykacji”. Drukarka 3D jest symbolem takiej cyfrowej fabrykacji. To jest możliwość, do której cywilizacji być może kiedyś dorośnie. Być może kiedyś wszystkie dobra będziemy dystrybuować cyfrowo. Jeżeli będziesz chciał kupić kubek lub jakąś inną rzecz np. meble to będziesz kupował to jako cyfrowy projekt i szukał lokalnego centrum wytwórczego, które Ci to wyprodukuje. Np. znajdziesz jakiś fajny projekt Pierre Cardine, kupisz go za 5 dolarów, a następnie wyślesz do FabLabu Lubin, by wieczorem odebrać gotową rzecz. Będziesz zastanawiał się tylko nad tym, kto Ci tę rzecz wyprodukuje. Może Makerspace? A może ten nowy ośrodek na LSM ma lepszy sprzęt i pracują szybciej?

Postrzegam to w ten sposób, że dojdziemy do dystrybucji pewnych dóbr w formie totalnie cyfrowej. Druk 3D jest tylko symbolem nowej perspektywy. Interesuję się drukiem 3D, nie dlatego że jest taki fantastyczny, że da się zrobić niemal wszystko. Druk 3D będzie fantastyczny dopiero wtedy, gdy będzie drukował tak jak ludzki organizm. Prosty system rybosomów i DNA jako podstawowy budulec, z którego jesteśmy w stanie zbudować niemal wszystko. Mamy „sety” klocków LEGO, ale tym samym „setem” klocków jesteśmy w stanie zbudować samochód, pistolet lub wieżę strażniczą. Jeżeli druk 3D dojdzie do takiej cyfryzacji materii, to wtedy będzie to rewolucja.

Zauważyłem jednak, że druk 3D dla osób, które nie są w ogóle techniczne, to jest takie wielkie WOW. Coś powstaje z niczego, choć to nieprawda. Mamy przecież fizyczny filament przetwarzany w jakiś sposób. Tu nie ma żadnej magii, tylko zwykła technologia.


Zdajesz sobie sprawę, że to co mówisz brzmi dla przeciętnego człowieka jak science fiction? To rozwala w proch założenia całej naszej ekonomii.
Dlatego to wszystko może się nie zadziać, ponieważ podważa ustandaryzowany system obrotu w dzisiejszym świecie. Tak jak Ford wprowadził pierwszy samochód produkowany masowo – proste rozwiązanie technologiczne, zwykła taśma fabryczna i 3 zmianowy system pracy – tak sprzęt do cyfrowej refabrykacji odwraca ten proces. Zamiast masowej produkcji mamy „customizację”. To odwraca całkowicie spojrzenie na ekonomię, jaką znamy.

To będzie ekonomia, gdzie pieniądz może odgrywać zupełnie inną, dużo mniejszą niż obecnie rolę, Zresztą dla mnie posiadanie czy posiadanie pieniędzy nie jest ważne. Ważne są relacje z ludźmi i rozwój duchowy. Czy jeździsz lepszym czy gorszym samochodem, mieszkasz w mniejszym lub większym domu – to nie jest istotne. Ważny jest człowiek, którego masz obok siebie. Ten drugi człowiek jest o wiele ważniejszy niż cała ekonomia. Fajnie byłoby móc stworzyć tak myślące lokalne społeczności. Pojedyńczy ludzie nie są przecież samowystarczalni, bo „samowystarczalność” nie istnieje.


Poza Koreą Północną?

Ok, tam może tak być.

Nie zrozum mnie źle, ale uważam że w ostatnim czasie świat poszedł w zupełnie dziwnym kierunku. Wiele lat temu rozwój przemysłowy świata dążył do tego, by tworzyć lepsze materiały budowlane, by budować wyższe i bardziej trwałe budynki, by więcej osób mogło mieszkać w 1 miejscu. W pewnym momencie dostrzegasz jednak że fajnie byłoby mieć domek na wsi, wybudowany w technologii klasycznej, nawet ze słomy i gliny, który jak się okazuje ma wyższą izolację cieplną niż jakikolwiek budynek zbudowany z użyciem styropianu.

Ok, może rozwinęliśmy bardzo technologię. Latamy w Kosmos, niedługo może wylądujemy na Marsie. Na Księżycu byliśmy wielokrotnie, ale koniec końców na Ziemi, tuż obok Twój sąsiad ma problem z alkoholem, jest przemoc i wojny. Mamy mnóstwo problemów nierozwiązanych na poziomie lokalnym, a staramy się patrzeć globalnie. Dziwi mnie to.


Pogadajmy teraz o CareSystem – lubelskim startupie w którym działasz. Opowiedz mi o pomyśle.
Zajmuję się tam tylko i wyłącznie działką technologiczną. Z pewnych względów (własna decyzja) nie jestem w strukturze Spółki. Wspieram Michała Korbę i Łukasza Wasilika w przygotowaniu prototypu tzw. „boxa” czyli dystrybutora leków.


Zdradzisz coś więcej od strony technologicznej?
Na obecnym etapie trudno powiedzieć coś więcej. Jesteśmy dopiero na początku drogi. CareSystem to pierwsze z systemu urządzeń, które mają umożliwić pacjentowi efektywniejsze i dłuższe pozostanie w domu, tudzież poza miejscem opieki. To urządzenie, które ma dozować leki. Różni się jednak od dystrybutorów dostępnych na rynku w chwili obecnej. Lekarz albo opiekun pacjenta, a może w przyszłości sam system, autonomicznie, będzie reagować na czynniki które się zmieniają np. skoki ciśnienia, puls, tętno, temperaturę ciała – dostosowując podawany zestaw leków (np. zmniejszanie dawek lub uzupełnienie tego zestawu). Załóżmy, że osobie korzystającej z CareSystem rośnie ciśnienie dużo wyżej niż powinno, więc system wydaje tabletkę na obniżenie ciśnienia (taką tabletkę której normalnie nie bierze).

Technologicznie to jest niezwykle złożony system. W tym momencie skupiamy się na „MVP” – chcemy zrobić urządzenie, które umożliwi nam pełną komunikację pomiędzy pacjentem a lekarzem lub opiekunem. Skupiamy się zatem na samym dystrybutorze, na jego funkcjach i działaniu. CareSystem ma różnić się od innych dystrybutorów tym, że jesteśmy w stanie dawać dostęp do leków pacjentowi w taki sposób, w jaki potrzebuje w danym momencie. Każdy lek obecny w dystrybutorze może być podawany zupełnie niezależnie. Dzięki temu możemy tworzyć oddzielne zestawy leków (pełna izolacja tabletek). Klasyczne systemy leków takich możliwości nie dają.


Na zakończenie pytanko zupełnie innej natury. Czy masz jakieś ulubione książki? Czy o której możesz powiedzieć, że wywarły na Ciebie największy wpływ?
Na pewno „Wędrówka Pielgrzyma” Johna Bunyana. Ostatnio jednak, jedyna książka którą czytam, oprócz tych czysto technologicznych i specjalistycznych (np. metodologia Lean Startup), to „Biblia”. Jest na tyle duża, że mogę ją eksplorować jeszcze bardzo długo.


Czy jest w ogóle taka osoba, którą najbardziej podziwiasz lub która najbardziej Cię zainspirowała w życiu?
Mniej więcej rok temu podjąłem bardzo ważną decyzję związaną z moim życiem duchowym, dlatego taką osobą jest Jezus Chrystus. Staram się podążać jego ścieżką.


Dziękuję za rozmowę.

 

Robert „Pascal” Wciseł. Urodził się w Lublinie i mieszka w Lublinie. Studiował inżynierię środowiska na lubelskiej Politechnice. Zawodowo kieruje zespołem R&D w firmie Enterpol (sieci komputerowe). Prywatnie mąż, ojciec. Miłośnik nowoczesnych technologii. Eksploruje autonomię i samowystarczalność w ujęciu apokaliptycznym/kosmicznym. Głodny wiedzy i umiejętności. Promuje Druk 3D jako manifestację kolejnej rewolucji przemysłowej. Lider zespołu, który zwyciężył w MediaLab Lublin Battle 2015.

Roberta przesłuchiwałem ja
bloger II klasy – Jacek Lipski

Uwaga! Interesujesz się lubelskimi startupami? Nie chcesz, by ominął Ci kolejny wywiad z jednym z lubelskich startupowców? Podaj swój adres e-mail, kliknij „Subscribe” i gotowe!


 

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. Wywiad tygodnia z Kingą Gruszecką, twórcą fan page’a „Humans of Lublin”
  2. Wywiad z Kamilem Pręciukiem i Grzegorzem Olifirowiczem z lubelskiego studia gier Mutated Byte

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.