iWisher

11 pytań do Michała Korby, Account & IT Managera z agencji Vena Art oraz współzałożyciela startupu iWisher

Od kilku lat robi internety w Lublinie, a jakiś czas temu stwierdził, że MediaLaby i swój startup też może. Dzisiaj na blogu wywiad z Michałem Korbą, który postanowił zamienić agencję reklamową na własną firmę. Spójrzmy jak taka zmiana wygląda z perspektywy prawdziwego „geeka” z krwi i kości.

Tytułem wyjaśnienia, zanim przejdziemy do wywiadu. Znamy się z Michałem od kilku lat, początkowo tylko z parkietu (koszykówka), dopiero później ze sfery zawodowej. Od ponad 2 lat pracujemy w tej samej lubelskiej agencji reklamowej (Vena Art). Dzisiaj zapis naszej ostatniej rozmowy o nowym startupie, jaki założył Michał (iWisher), pracy i karierze w marketingu, a także o książkach i najnowszych trendach technologicznych.


1. Masz bardzo duże doświadczenie jako marketer, zdobyte zarówno po stronie Klienta jak i w agencji reklamowej. Czy może opowiedzieć coś więcej o Twojej ścieżce zawodowej? Jak w ogóle trafiłeś do marketingu?

M.K.: Czy bardzo duże to trochę bym polemizował. Fakt, 6 pełnych lat w agencji, ponad rok w firmie doradczej, a wcześniej jeszcze chwila po stronie Klienta – może wydawać się dużo, ale w Polsce branża reklamowa ma już 25 lat i na rynku są osoby, które jeszcze te początki pamiętają, także przy nich moje doświadczenie jest minimalne. Oczywiście „świeżakiem” już nie jestem i i trochę zębów na tym marketingowym poletku zjadłem.

Jak zaczynałem? Pierwsze kroki w pracy zawodowej stawiałem w sprzedaży, bo jeszcze przed maturą sprzedawałem podręczniki w szkołach jako przedstawiciel oświatowy. Biznes mi się spodobał i stwierdziłem, że w tym kierunku trzeba się rozwijać, dlatego wybrałem „Marketing i Zarządzanie” na Politechnice Lubelskiej, tzn. wybrałem „Ekonomię” na UMCS, ale tam się nie udało, i w sumie cieszę się, że wylądowałem na „Polibudzie”.

Idąc na „ZiM” bardziej interesowało mnie zarządzanie aniżeli marketing, ale szybko się to zmieniło. Marketingiem zainteresowała mnie moja późniejsza promotorka, doktor Magdalena Rzemieniak, a przede wszystkim jej ciekawe wykłady poprzeplatana branżowymi case’ami. Stwierdziłem wtedy, że  to może być to, co chciałbym w życiu robić.

Można powiedzieć, że na studiach też pracowałem w branży reklamowej, tzn.  jako promotor (męska hostessa – wiesz taka praca w reklamie czyli rozdawanie ulotek). Miałem wtedy okazję wziąć udział w kilku fajnych akcjach marketingowych. Byłem np. jednym z koordynatorów grup lotnych chodzących po klubach i rozdających startery w trakcie wprowadzenia na rynek marki HEYAH. Pracowałem też długo w gastronomii, ale to akurat z marketingiem ma niewiele wspólnego.

Jak zadałeś to pytanie, to stwierdziłem, że chyba duży wpływ na moją karierę miało czasopismo „Marketing News”, którego darmowe egzemplarze były porozrzucane w różnych miejscach na uczelni. Pamiętam, że dużo artykułów było poświęconych transferom ludzi pomiędzy różnymi agencjami, wtedy pomyślałem, że fajnie by było w takiej agencji pracować, a może kiedyś udzielać takich marketingowych wywiadów i chyba się udało.

Oprócz tego newsletter „Marketing przy Kawie”, który dostarczył mi niesamowitych inspiracji i tak jakoś poszło, zapisałem się do organizacji Young Professionals działającej przy IAB Polska (Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy), pojechałem na kilka niesamowitych wykładów do Warszawy i tak złapałem marketingową zajawkę, która po dziś dzień mi towarzyszy.


2. Pracujesz również jako szkoleniowiec, często występujesz jako prelegent na konferencjach (np. ostatnia Internet Beta). Jak odnajdujesz się w roli coacha i mówcy?


M.K.:
 w roli mówcy, szkoleniowca bardzo dobrze, ale określenie coach traktuje jak potwarz. Mam straszne uczulenie na wszelkie „coachingi-sroachingi”, dbanie o umiejętności miękkie i różnego rodzaju pseudo motywacyjne treści. Wydaje mi się, że ostatnio się rozpleniło tego wszędzie mega dużo, a większość ma taką wartość merytoryczną jak słynny filmik „Jesteś Zwycięzcą”.

Jestem wielkim fanem TED’a i jeżdżenie po świecie oraz dawanie różnego rodzaju „public speach’y” za grubą kasę wydaje mi się totalnie fantastycznym zajęciem. Ale tak jak mam pokorę, co do swojej wiedzy i doświadczenia marketingowego, tak wiem że w tej kwestii jestem dopiero na początku drogi. W tym roku udało mi się wystąpić na InternetBeta, Kongresie Profesjonalistów IT, rzeszowskiej Auli, także rozkręcam się i mam nadzieje, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej. Do Gary’ego Vaynerchuk’a, Guy’a Kawasakiego, czy też znanych z polskiego poletka Pawła Tkaczyka czy Romka Łozińskiego jeszcze mi trochę brakuję.

Przygoda ze szkoleniami i prelekcjami zaczęła się jak już pracowałem w Venie. Jakaś studencka organizacja poprosiła mnie o wykład jako praktyka w branży, później ktoś kto był na tym wykładzie polecił mnie na kolejny wykład, później ktoś kto był na kolejnym wykładzie polecił mnie do poprowadzenia szkolenia, uczestnicy tamtego szkolenia polecili mnie żebym poprowadził kolejne i jakoś tak się poszło. Od tamtego czasu prowadziłem szkolenie i wykłady już dla bardzo różnych grup odbiorców: studentów, pracowników biznesu i właścicieli małych firm, a także dla pokolenia 50+ czy też uczniów gimnazjów i liceów, a ostatnio nawet dla dzieciaków ze szkoły podstawowej. Strasznie to lubię i daje mi to niesamowitą frajdę. Tematyka, o której zawsze opowiadam czyli internet, marketing, technologie to coś co mnie jara i jak mogę przekazać część swojej zajawki innym to już daje dużą satysfakcję. Jak ktoś chce mi jeszcze za to płacić to jest to po prostu sytuacja idealna.


3. Co Twoim zdaniem cechuje dobrego marketera?


M.K.:
To chyba przeczytałem gdzieś na Twoim blogu, ale według mnie najważniejszą cechą dobrego marketera jest ciekawość świata. Jeżeli pasjonuje Cię to jak ludzie podejmują decyzję i wierzysz, że dzięki odpowiednim działaniom możesz na te decyzje wpływać, będziesz dobrym marketerem. Ponadto dobry marketer musi cały czas poszerzać swoją wiedzę i się rozwijać, dużo czytać i oglądać. Ale sama teoria to nie wszystko. Dobry marketer to taki, który to co gdzieś przeczyta czy zobaczy, chce wdrożyć w działania dla marki dla której pracuje.


4. Najfajniejszy projekt/kampania, jaki/jaką do tej pory zrobiłeś to…

M.K.: Hmm…trudne pytanie, bo trochę fajnych rzeczy w Venie udało mi się wdrożyć w życie np.: kampania „Szybko Zleciało” dla lubelskiego Leclerca, impreza i materiały marketingowe wprowadzające markę Mobile Touch dla Asseco Business Solutions. Była też ogólnopolska kampania Ekoszyk dla Ministerstwa Środowiska, czy nasze ostatnie wspólne działania dla VitaGenum, ale jakbym miał wskazać jedną konkretną to byłaby to prezentacja, którą przygotowałem dla Lublina w trakcie starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Była to prezentacja, którą przedstawiciele miasta przekonywali jury składające się z ekspertów z Brukseli, że to właśnie Lublin zasługuje na ten tytuł. Niesamowite 3 tygodnie zapierdzielania po kilkanaście godzin dziennie. Poznałem wtedy niesamowitych ludzi i miałem poczucie, że dobrze wykonana praca miała wpływ na coś ważnego. Lublin przeszedł do drugiej tury i mógł nadal walczyć o ten tytuł. Oczywiście fakt, że udało się w tym konkursie dojść tak daleko to nie tylko moja zasługa, ale głównie całego sztabu, który pracował nad aplikacją. Prezentacja była tylko skrótem aplikacji, jej esencją, ale lubię się łudzić że jej ostateczny kształt miał chociażby minimalny wpływ na końcowy wynik.


5. Od listopada 2014 r. prowadzisz lubelski MediaLab Lublin Battle. Jak tam trafiłeś? Skąd pomysł niespotykaną formułę zajęć wykorzystującą elementy grywalizacji? Jakie masz oczekiwania względem tego projektu?

M.K.:
MediaLab Lublin Battle to projekt realizowany przez Warsztaty Kultury, instytucję z którą się znamy i lubimy. Projekt jest tak naprawdę dużo szerszy i biorą w nim udział oprócz Warsztatów jeszcze dwie instytucje kultury z Lublina, a Urząd Miasta Lublina realizuje go w partnerstwie z 3 innymi instytucjami kultury z Ukrainy.

Agnieszka Wojciechowska, z którą wspólnie realizujemy ten projekt zaproponowała mi uczestnictwo w roli koordynatora, a jak dowiedziałem się jakie zabawki technologiczne będą do dyspozycji dla uczestników, to jako zadeklarowany geek nie mogłem przepuścić okazji, żeby w czymś takim nie wziąć udziału.

Nasza mała bitwa w zamyśle miałaby być projektem stricte szkoleniowym, który wykształciłby osoby z Lublina w tematyce „medialabowej”. Ponieważ rynek szkoleń jest strasznie zepsuty przez darmowe finansowane przez UE szkolenia, a nam zależało na zrekrutowaniu osób, które już coś umieją a nie tylko takich, które tylko „chcą” (tzw. „wannabe”) musieliśmy wymyśleć formułę, która zachęci do uczestnictwa w tym projekcie. Siedliśmy z Agnieszką przy kubku dobrej kawy, szybka burza mózgów i doszliśmy do wniosku, żeby zaangażować w ten projekt zdolnych ludzi trzeba wpleść w niego element rywalizacji.

Paweł Tkaczyk, który notabene jest jednym ze szkoleniowców w tym projekcie definiuje grywalizację jako „wszczepianie frajdy” chociaż kiedyś definiował to pojęcie jako  „przenoszenie elementów i mechanizmów gier do procesów z grami niezwiązanych”, mam nadzieje, że w tym projekcie obie te definicje uda nam się zrealizować. Początek mamy niezły, bo zarówno same zgłoszenia jak i poziom i skład zrekrutowanych zespołów przekroczyły moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałem się, że tyle osób z Lublina będzie miało zajawkę na eksperymentowanie z nowymi mediami i technologią (chcieliśmy zrekrutować 30 osób, a zgłosiło się ponad 80 chętnych)

Jeżeli chodzi o moje oczekiwania to mam nadzieje, że zespoły nie zawiodą moich nadziei i odpowiednio zaangażują się w projekt, realizując swoje medialabowe przedsięwzięcia w taki sposób, że uczynią moje ukochane miasto lepszym. Nie liczę na jakieś spektakularne wyczyny i fajerwerki, ale bardziej kreatywne wykorzystanie technologii i nowych mediów do rozwiązania lub naświetlenia jakiegoś problemu, z którym boryka się Lublin.


6. W najbliższym czasie kończysz przygodę z agencją Vena Art i przechodzisz na swoje. Uruchamiasz start-up iWisher. Czy możesz powiedzieć kilka słów o tym projekcie? Na czym polega? Skąd taki pomysł na biznes? Z kim go wdrażasz?

M.K.:
iWisher to serwis internetowy, dzięki któremu Twoi znajomi zrzucą się na Twój wymarzony prezent, a Ty kupisz go po najatrakcyjniejszej cenie. Z jednej strony jest to aplikacja rozwiązująca problemy związane z wręczaniem i otrzymywaniem prezentów, z drugiej aplikacja dla rynku e-commerce generująca leady sprzedażowe i rozliczana w modelu cost per sale. Takie zdanie powtarzam od jakiegoś czasu jak mantrę.

Logo iWisher

Generalnie chodzi o to, że jeżeli chcesz coś dostać tworzysz tzw „iWisha” czyli podstronkę gdzie znajduje się opis produktu, który chciałbyś dostać. Tworzysz go przeklejając link ze sklepu internetowego, wypełniając formularz lub wybierając go z naszego katalogu produktów. Z takim iWishem powiązane jest od razu konto bankowe, na które zarówno Ty jak i Twoi znajomi mogą przelewać środki. Kiedy uzbiera się odpowiednia kwota, Twoja potrzeba zakupowa i gotówka, którą uzbierałeś wystawiane są na aukcję. Sklepy posiadające w swojej ofercie produkt, który chcesz dostać licytują się na zasadzie licytacji odwróconej, proponując to coraz niższe ceny. Ponieważ rozliczamy się ze sklepem tylko za sprzedaż, a nie za klika jak jest to w porównywarkach cenowych czy innych narzedziach reklamowych sprzedający może dokładnie obliczyć do jakiego poziomu ceny może zejść, aby sprzedaż mu się nadal opłacała. Wszyscy wygrywają: sklep sprzedaje produkt, Ty dostajesz to co chciałeś i to po najatrakcyjniejszej cenie, a i nasza prowizja afiliacyjna nikomu nie szkodzi.

Cieszę się bardzo, że od początku roku (dokładnie od 31 stycznia bo wtedy dokładnie odchodzę z Veny) będę mógł w 100% poświęcić się projektowi, nad którym wieczorami i po godzinach, z różną intensywnością, pracuję od ponad roku. W projekcie jestem z dwoma bliskimi znajomymi: Łukaszem Wasilikiem, który jest dla mnie prawie jak rodzina (zresztą z uwagi, że on jest chrzestnym mojego syna, a ja chrzestnym jego córki, to mogę powiedzieć, że w sumie nie prawie, a po prostu rodzina) oraz z Bartoszem Izdebskim, z którym realizuję projekty praktycznie od samego początku mojej kariery w on-line marketingu czyli już 6 lat.

Łukasz, który pracował w Mint Mediach na naszych prywatnych spotkaniach wspominał, że dobrze byłoby zrobić coś własnego, własny produkt który będzie można dopracować, dopieszczać, rozwijać, a nie jak to jest w branży reklamowej zamykać na ASAPie, bo deadline’y gonią (anglicyzmy wprowadzam świadomie, kto z branży ten zrozumie).

Z uwagi na nasze koneksje rodzinne często wręczamy sobie (czy też naszym dzieciom) różnego rodzaju prezenty. Jak się nad tym zastanowiliśmy to wyszło, że jest wiele problemów, które w związku z tym chcielibyśmy rozwiązać. Zaczęliśmy drążyć temat, zrobiliśmy sobie Business Model Canvas i stwierdziliśmy, że trzeba robić start-up. Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że dobrze by mieć w spółce kogoś technicznego, kto nam tą aplikację napisze i dobraliśmy Bartosza. Później stwierdziliśmy, że jednak po godzinach to taki projekt trudno zrealizować i zaczęliśmy rozglądać się za finansowaniem. Fart chciał, że udało nam się je pozyskać zarówno instytucjonalne (Lubelski Park Naukowo Technologiczny) jak i prywatne (Anioł Biznesu) i od połowy stycznia oficjalnie zawiązujemy spółkę i zaczynamy działać.


7. Kiedy spodziewasz się uruchomić iWishera?

M.K.: plany są takie, żeby uruchomić aplikację w pierwszym kwartale 2015. Mam nadzieje, że nam się to uda, ale z uwagi na rozmowy z bankami i kilka proceduralnych kwestii pewności nie mam. W połowie roku powinniśmy uruchomić moduł e-commercowy, tak żeby na przyszłe święta Bożego Narodzenia wszyscy swoje życzenia na prezenty świąteczne wrzucali na iWishera.


8. Czy to jest biznes skalowalny? Planujecie wyjście poza Polskę w dalszej perspektywie czasowej?


M.K.: wbrew pozorom rynek, od którego zaczynamy czyli rynek prezentów, jest bardzo duży, a dodatkowo wcale nie sezonowy. Dd początku roku mamy Walentynki, potem Dzień Kobiet, zaraz potem zaczynają się chrzty i komunie, później miesiące z literką „r” czyli wysyp ślubów i wesel. Oczywiście największe „żniwa” to grudzień (Gwiazdka i Mikołaj), ale przecież urodziny, imieniny czy takie okazje jak np. parapetówki zdarzają się przez cały rok.

Docelowo chcemy odejść od samych prezentów i zmienić sposób w jaki ludzie robią zakupy w internecie. Wiem że to brzmi nierealnie, że trójka chłopaków z Lublina chce zatrząść tak silną gałęzią gospodarki jaką jest e-commerce, ale jeżeli nie spróbujemy to się nie przekonamy. Jeżeli chodzi o skalowalność to np. sprzedawanie książek przez internet też nie wydaje się jakimś mega skalowalnym biznesem, a tym czym jest teraz Amazon chyba nie muszę Ci tłumaczyć.


9. Czy trudno było podjąć decyzję o zamianie pracy etatowej na własny biznes?

M.K.: bardzo trudno, zwłaszcza dla mnie. Dla chłopaków z którymi wchodzę w spółkę była to chyba dużo łatwiejsza decyzja. Obaj prowadzą działalność gospodarczą, a ja odkąd pamiętam byłem etatowym pracownikiem. Trochę udało mi się osiągnąć, miałem ciepłą posadkę w której teoretycznie „czy się stoi czy się leży 500zł się należy”, zazwyczaj się, ani nie stoi, ani nie leży, tylko zapierdziela godzinami ze ślepiami wbitymi w monitor, ale jednak była to pewna stabilizacja. Co chyba istotne bardzo lubię pracę w agencji reklamowej i daje mi ona dużą frajdę oraz satysfakcję.

Teraz wkraczam na rynek, gdzie jeden na 20 projektów przetrwa, a jeden na 1000 okazuje się faktycznym sukcesem. Jestem po „mat-fizie” i chociaż Excela nie lubię to liczyć potrafię. Racjonalnie rzecz biorąc, ta decyzja nie jest najrozsądniejsza, ale janaprawdę chcę robić coś swojego.

Obserwuję takie osoby jak Michał Górecki, Maciej Mazurek (bardziej znany jako Zuch), czy też Paweł Opydo, bardziej znany jako Zombie Samuraj (tych dwóch pierwszych miałem przyjemność poznać tego trzeciego tylko obserwuje). Oni na moich oczach zrezygnowali ze stałej pracy i poszli na swoje, a teraz świętują kolejne sukcesy. Wiem, że oni są gwiazdami blogosfery, a ja tylko chłopakiem z Lublina co lubi cebularze i maślankę (pozdro dla Michała Pukacza, ciekawe czy to przeczyta), ale wydaje mi się, że jak im się udało to dlaczego  ze mną miałoby być inaczej. Trochę tanim sentymentem jak z Harlequina zaleciało, ale trudno.


10. Nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał. Jaka jest Twoja ulubiona książka marketingowa?

M.K.: chyba taka, której jeszcze nie przeczytałem. Nie mam takiego obycia jak Ty w tym temacie (zawsze mi imponowałeś w tej kwestii), ale jest kilka pozycji, które spokojnie mógłbym polecić, np. „Emarketing” wydawnictwa PWN to porcja dobrej praktycznej wiedzy. Ja lubię książki około marketingowe takie jak wszystkie książki Gladwella, czy Cialdiniego. Ostatnio czytam „Ekonomię wdzięczności” Gary’ego Veynerchuka, ale reasumując chyba jednej ulubionej pozycji nie mam. Na pewno natomiast mam straszne braki i moja półka „to read” tylko się wydłuża. Niestety ciągle brakuje mi czasu na czytanie.


11. Ostatnie pytanie. Jakie Twoim zdaniem są najciekawsze trendy technologiczne, które zdominują 2015 r.? W poprzednich latach ciągle się mówiło o mobile, ostatnio króluje content marketing, coraz więcej wspomina się też o tzw. „wearables”.

M.K.:
kolejny rok mobile. Wydaje mi się, że trendy o których piszesz czyli zarówno content marketing jak i noszone na sobie mikrokomputery i inne smartwache na pewno będą się prężnie rozwijać. Ogólnym trendem, który ja, ale nie tylko ja, zauważam jest tzw „airbnbizacja” czyli przejście z musu posiadania na dostęp. Wystarczy popatrzeć co Spotify zrobiło z rynkiem muzycznym, co AirBnB robi z rynkiem kwater na wynajem, czy co UBER robi z rynkiem samochodów czy też przemieszczania. Moim zdaniem to jest trend, który bardzo mocno się rozwinie i obejmie inne obszary naszego życia.

Dostrzegam też od kilka lat inny trend. Może jest on mało technologiczny, ale za to bardzo mocno związany z marketingiem. Ten trend to rosnąca rola jakości obsługi klienta. Mam nadzieję, że marki na wszystkich facebookach będą odchodziły od traktowania mediów społecznościowych jako tuby do pchania swoich komunikatów, a zamienią je w miejsce obsługi klienta.

Liczę, że nakłady finansowe i cała energia firm nie będzie szła w gwizdek, który ma nas przekonać jak dany produkt jest zajebisty, a w obsługę klienta i jakość produktu, który będzie nas w 100% satysfakcjonował. Posłużę się może analogią gastronomiczną. Czy wolałbyś wydać swoje pieniądze na wieczorną kolację z żoną w restauracji, która ma zajebiście duży neon przed wejściem i non-stop w radiu słyszysz jej reklamy, czy też w restauracji która jest może bardziej kameralna, ale masz pewność, że przemiła kelnerka dobierze Ci najlepsze wino doTwojego wyśmienicie przysmażonego steku? Odpowiedź jest chyba oczywista.

Wydaje mi się, że w tym kierunku będzie zmierzał cały marketing, a z tych 4P o których opowiadali nam na studiach, coraz mniejszą rolę będzie miało Promotion, a coraz większą Place i Product. Ale co ja tam wiem, ja to się nie znam…

To mówiłem ja, Michał Korba Start-upowiec II kategorii.


J.L.:
wielkie dzięki za rozmowę i oczywiście życzę powodzenia na nowej, startupowej drodze życia.

 


 

Michał KorbaMichał Korba – współzałożyciel startupu iWisher. Przez 6 ostatnich lat kierował projektami internetowymi w lubelskiej agencji reklamowej Vena Art. Wcześniej zbierał doświadczenie w obszarze marketingu w firmie doradczej jako konsultant ds. public relations i po stronie Klienta jako specjalista ds. marketingu w sieciowym centrum rozrywki „Fantasy Park”. „Fanboy” marki Google, pasjonat i teoretyk internetu, praktyk e-marketingu. W trakcie studiów współpracował z organizacją Young Profesionals działającą przy Międzynarodowym Stowarzyszeniu Reklamy IAA. Niedoszły bloger, amator Yerba Mate i koszykówki oraz teoretyk-gawędziarz w obszarze sztuki barmańskiej i fenomeny video w Internecie.

 


Michała przepytywałem ja

Bloger II klasy – Jacek Lipski

Ps. za edycję wywiadu oraz wszelkie ewentualne błędy ponoszę pełną odpowiedzialność (J.L.).

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. Jak zabić w sobie kreatywność czyli przestroga dla Account Managera
  2. SKisM – Experts czyli wspomnienia początkującego Account Managera
  3. Rok po „ciemnej stronie mocy” czyli jak żyć po zamianie korpo na agencję. 8 podpowiedzi dla początkującego Account Managera.
  4. 18 pytań do Marka Mareksego Szewczyka, Dyrektora Kreatywnego Creamteam Branding & Advertising Design Studio z Krakowa
  5. 11 pytań do Marcina Łukiańczyka, założyciela porównywarki UpolujEbooka.pl

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.