„March Madness” czyli koszykarskie wydarzenie o którym w Polsce możemy tylko pomarzyć…

cmsimg_1357331247

Pierwszy wpis po najdłuższej przerwie w blogowaniu. Sześć tygodni – nowy rekord mojej grafomańskiej abstynencji. Usprawiedliwieniem jest jak zawsze praca – kto pracuje w agencji reklamowej ten zrozumie. Na dziś dosyć wymówek, wróćmy do tematu dnia. Kojarzycie „March Madness”? Dzisiaj parę słów na temat fenomenu amerykańskiej koszykówki uniwersyteckiej. Spojrzenie okiem fana basketu oraz marketera.

March Madness czyli…
Marcowe Szaleństwo to decydująca faza rozgrywek amerykańskiej ligi koszykówki uniwersyteckiej (NCAA). Szaleństwem nazywane nie bez powodu. W marcu cała Ameryka fascynuje się rywalizacją studenckich drużyn. Każdy marzy by jego ulubiona drużyna zagrała w kwietniowym Final Four.

Mecze rozgrywane na olbrzymich halach rozsianych w całych Stanach Zjednoczonych przyciągają wielotysięczną widownię. Oglądalność spotkań powszechnie dostępnych w sieci oraz największych stacjach telewizyjnych momentami przewyższa nawet play-offs NBA. Komentują je najlepsi eksperci, z plejadą byłych gwiazd NBA włącznie (w tym roku m.in. Charles Barkley). Firmy wydają miliony dolarów na reklamówki emitowane w trakcie spotkań. Final Four oglądają z trybun dziesiątki celebrytów, z tuzami amerykańskiej polityki na czele (w tym roku widziałem na trybunach np. byłego prezydenta George’a W. Busha).

W tym roku, oglądając już chyba 8 czy 9 „March Madness” z rzędu, zastanawiałem się nad fenomenem tego widowiska. Co decyduje o takiej popularności zmagań non-omen amatorów? By odpowiedzieć na tak postawione pytanie, spojrzałem na turniej okiem fana basketu, którym jestem od 25 lat, oraz marketera z 7 letnim stażem. Doszedłem do następujących wniosków.


„March Madness” okiem fana basketu
Moim skromnym zdaniem klucz do zrozumienia fenomenu powodzenia „March Madness” tkwi w świetnym pomyśle na organizację rozgrywek. Na początku o prawo gry w marcowym turnieju przez kilka miesięcy walczy kilkaset drużyn ze wszystkich zakątków USA. Ostatecznie udział w nim weźmie tylko 68 ekip. Nie będę wchodził w szczegóły dosyć zawiłego systemu prowadzącego do wyłonienia tych zespołów. Najważniejszy jest sam przebieg „March Madness”.

Generalnie sprowadza się do zasady, która przypomina mi refren z „Lose Yourself” Eminema. “You only get one shot, do not miss your chance to blow. This opportunity comes once in a lifetime…”


Zasada jest prosta. Zwyciężasz albo odpadasz.
68 drużyn tworzy drabinkę turniejową (tzw. „bracket”). Mecze rozgrywane są na neutralnym gruncie. Zwycięzca awansuje dalej. Przegrany jedzie do domu. To wywołuje niezwykłe emocje, ponieważ decyduje dyspozycja dnia.

Nie liczy się to, że jesteś faworytem. Nie liczy się, że wygrałeś do tej pory wszystkie mecze. Nie ma znaczenia, że jesteś z Duke, Kentucky czy Michigan. Tutaj nazwiska i marki drużyn nie grają. Musisz być lepszy za każdym razem, gdy wychodzisz na parkiet. Jedna minuta słabości w najlepszym sezonie życia może spowodować, że Twoja drużyna odpada i kończy swój udział w turnieju. Dzięki temu marcowe rozgrywki obfitują w niespodzianki. Faworytom często zdarza się nie wytrzymywać presji. Teoretyczni outsiderzy potrafią zagrać mecz życia i wysłać najlepszy team na wakacje.   


Na pewno nie można powiedzieć, że studenckie rozgrywki NCAA to najlepszy basket na świecie. W NBA i Eurolidze poziom jest o wiele wyższy. „Marcowe szaleństwo” przewyższa za to te rozgrywki pod jednym bardzo istotnym względem. Jest nią zaciętość i zaangażowanie graczy.
Studenci-amatorzy, teoretycznie nie pobierający za swoją grę wynagrodzenia (przepisy NCAA zezwalają tylko na stypendia sportowe) walczą w „March Madness” tak, jakby grali o życie. Tak na marginesie, sugerowałbym paru ciężko opłacanym kopaczom z polskiej ligi piłkarskiej, by zobaczyli na przykładzie NCAA jak wygląda prawdziwa walka i zaangażowanie. Może w końcu zrozumieliby co kibice kochają w sporcie najbardziej…(marzenie ściętej głowy)

Za każdym razem jestem zafascynowany poziomem zaangażowania graczy uczestniczących w „March Madness”. Na pewno wpływa na to kilka czynników. Amerykańska mentalność, gdzie zwycięzca może być tylko jeden. Specyficzne reguły turnieju. Duma z gry dla uczelni, która reprezentuje dane miasto lub stan. A może tkwiąca gdzieś z tyłu głowy myśl, że dla wielu z graczy dany mecz może być naprawdę ostatni w życiu.

Nie ma co się oszukiwać. Zawodową karierę w NBA lub Europie będzie kontynuowało naprawdę niewielu. Pozostałym zostaną tylko wspomnienia. O te ostatnie warto walczyć do ostatniej kropli krwi. Wiem z własnego doświadczenia, że niektóre mecze (przegrane i wygrane), sezony lub turnieje pamięta się do końca życia. Dwa przegrane mecze w Final Four lubelskich szkół średnich sprzed 15 lat pamiętam do dzisiaj (nie są to miłe wspomnienia).


„March Madness” okiem marketera
Mniej ważny niż sportowy, ale równie ciekawy aspekt „Marcowego Szaleństwa”. Nie będę się w to zagłębiał. Materiał raczej na oddzielny wpis. Dzisiaj tylko kilka spostrzeżeń z tegorocznych rozgrywek. Na co zwróciłem uwagę jako marketer? Przede wszystkim na transmisje telewizyjne, które są dostępne bezpłatnie również w internecie. Ich poziom jest niebotyczny m.in. ze względu na grono zatrudnianych ekspertów i komentatorów (przeważnie byli gracze NBA).

Do tego dochodzi świetny portal NCAA oferujący internetowe transmisje z meczów, skróty, higlights, zapowiedzi spotkań, analizy, kompletne statystyki, oraz najciekawsze historie. Do tego ogniskujący wszelkie dyskusje prowadzone w social mediach, choć tu w odróżnieniu od Polski Facebook wcale nie jest królem. W USA o „March Madness” najbardziej gorące dyskusje prowadzi się na Twitterze. Na zakończenie przygody z portalem można oczywiście zrobić zakupy w NCAA Store. Po prostu wszystko pod ręką!
Oczywiście „Marcowe Szaleństwo” ma cały zestaw sponsorów. Oficjalna telewizja, napój, drink turnieju, itp. Firmy, podobnie jak w przypadku Super Bowl produkują specjalne spoty dedykowane fanom basketu (patrz Applebee). Wypuszczają specjalne appki umożliwiające dostęp do najświeższych newsów z turnieju z poziomu wszystkich urządzeń mobilnych. Prowadzą specjalne akcje mobilizujące fanów np. „Are you a real fan? Prove it!” Coca Coli. Jak dla mnie, prawdziwy marketingowy Kosmos.

Nie można również zapomnieć o fenomenie tzw. „bracket”. Przed startem turnieju cała Ameryka usiłuje wytypować wyniki całej turniejowej drabinki. Bawią się w to nawet prezydenci. Zobaczcie jak poradził sobie z tym wyzwaniem Barack Obama.

 


„March Madness” – polskie akcenty

Zwyczajem polskich mediów prowadzących relacje z USA dodaję notkę o tzw. polskich akcentach. W tym roku odnotowałem tylko dobre występy Przemka Karnowskiego, który przebił się do pierwszej piątki Gonzagi.

1185983_539741956099666_94729875_n
Źródło zdjęcia:
oficjalny fan page Przemka Karnowskiego

Szkoda, że Gonzaga odpadła w dosyć wczesnej fazie Final Four, niemniej jednak Przemek zaliczył bardzo dobry sezon. Odpadli z dużo mocniejszą Arizoną, którą wielu ekspertów typowała do udział w Final Four (ostatecznie w nim nie zagrali). Mam nadzieję, że w kolejnym sezonie Przemek jeszcze bardziej poprawi swoje osiągnięcia, by za parę lat zagrać na parkietach NBA. Trzymam za niego kciuki od dłuższego czasu (wicemistrz świata do lat 17) i liczę, że mnie nie zawiedzie!


„March Madness” czyli co z tego wynika

Dla mnie wniosek jest tylko jeden. Koszykarskie marcowe szaleństwo to sportowy i marketingowy Olimp. Chciałbym kiedyś, by w Polsce powstał system koszykarskich rozgrywek oparty o podobne zasady. Zdarzyło mi się kiedyś grać w tzw. LAK (Ogólnopolska Liga Koszykówki Akademickiej), ale porównywanie go do NCAA (co paru organizatorom się wypsnęło) to to jak porównywać najnowsze Ferrari do podstarzałej Syrenki. Niestety zostaje mi chyba tylko pomarzyć.

Co gorsza mam wrażenie, że w Polsce, w czasach gdy popularność koszykówki od lat spada, mało kto ogląda studenckie zmagania. A szkoda, bo wiele można się nauczyć. Nie tylko o samej grze, ale i organizacji masowej imprezy sportowej w ogóle. W Polsce  o wydarzeniu sportowym na taką skalę i na takim poziomie możemy co najwyżej pomarzyć. Używając piłkarskiej analogii, to tak jakby finały EURO organizować u nas regularnie co roku. W tym samym terminie.

Nie wierzycie? Zachęcam do obejrzenia oficjalnego klipu tegorocznych rozgrywek autorstwa The Killers.


Za każdym razem, gdy oglądam ten spot, pojawia mi się w sercu jedno, nieśmiałe marzenie. Za mniej więcej 19 lat chciałbym zobaczyć mojego Synka (obecnie ma niecałe 5 miesięcy) grającego w jednej z ekip walczących o Final Four. Mam nadzieję, że przy sprzyjających wiatrach dożyję tej chwili.

Podpis Jacek Lipski

Ps. w tym roku typowałem do zwycięstwa Florydę, ale jak widać też się pomyliłem. Mistrzem zostali niedocenieni przeze mnie „Huskies” z University of Connecticut (kiedyś pamiętam gdy szalał tam „Rip” Hamilton), którzy w finale pokonali Kentucky. Na udział obydwu zespołów stawiało naprawdę niewielu…

Spodobał ci się wpis? Doceń autora „lajkiem”!



Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów? Zapisz się na newsletter.

Podobne wpisy:

  1. San Francisco zmienia się w Gotham City, spontaniczny gest kelnerki z New Hampshire, Litwa kocha Polskę czyli o nadziei na lepsze jutro, nie tylko w mediach.
  2. Fantastyczne zakończenie EURO w Polsce

Jacek Lipski

Ekspert ds. strategii marketingowych dla MŚP w B&L Consulting. Mentor w AIP Lublin oraz współautor e-booka "Lubelskie Startupy 2015". Poprzednio Social Media & Account Manager w agencji reklamowej Vena Art, specjalista ds. komunikacji marketingowej w Żagiel S.A, oraz asystent ds. komunikacji wewnętrznej w Vattenfall Distribution Poland. Po godzinach pasjonat "creative writing", polskich kryminałów i koszykówki.

  • Damia

    Jacku świetnie trafiłeś z tym wpisem w moje odczucia co do koszykówki, NCAA i generalnie sportu. Tak trzymaj. Pozdrawiam Damian Kowalczyk http://www.damiankowalczyk.pl/

    • Jacek

      Dzienx za miłe słowo. Od lat jestem zakochany w NCAA, stąd pomysł na ten wpis.